Nie wiem, czy są jeszcze w Warszawie starzy taksówkarze, którzy pamiętają sylwetkę jegomościa w płóciennym, podniszczonym ubraniu, obwieszonego torbami, wędkami i innymi akcesoriami rybackimi, wyłaniającego się nagle z mroków letniej czy wiosennej nocy. Wzdrygali się na jego widok i z duszą na ramieniu spełniali jego życzenie – „Kurs – jeziorko Czerniakowskie!”.
Albo może wśród czytających znajdzie się przedwojenny warszawski przechodzień, który nieraz uśmiechał się na widok wysokiego, przystojnego, roztargnionego myśliwego, niosącego dumnie swe trofea – zające, których ogony były wdzięcznie ozdobione karteczką – „Trzy złote – Bracia Pakulscy”. (…) Wędkarstwo i myślistwo to były dwie „prywatne” pasje Konrada Narkiewicza…
„Zaczyń furteczkę, bo sobie spinkę przestudzisz” – tak śpiewnie zaciągając mówił „po polsku” do końca swego życia Narkiewicz. Miało to znaczyć – „zamknij lufcik, bo sobie plecy przeziębisz”. Rusycyzmy te nabierały w jego ustach swoistego wdzięku i były powtarzane przez niemal całą warszawską bohemę. Jego oryginalne dowcipy i bon moty nie miały równych sobie w Warszawie pod względem pointy, błyskotliwości i humoru, który nie opuszczał zawsze pogodnego ulubieńca wszystkich ludzi filmu i teatru, przyjaciela największych polskich aktorów, zwanego przez nich po prostu Pietią. Do grona przyjaciół zaliczali się i wielki Jaracz, i Junosza-Stępowski, i Dymsza, i Bodo, i Lawiński.
Janusz Andrzej Pilecki, Konrad Jodko-Narkiewicz w legendzie i anegdocie, „Ekran” 1959, nr 14
Pewnego wieczoru, charakteryzując mnie, Narkiewicz bawił się bronią, przykładał mi ją do skroni, co mnie irytowało. Wściekły, przepowiedziałem Narkiewiczowi, że kiedyś doigra się jakiegoś wypadku z bronią. I w rzeczy samej, w kilka tygodni później, na jakimś polowaniu pod Warszawą Narkiewicz, zamiast kuropatwy postrzelił chłopaka wiejskiego. Sprawa sądowa, odszkodowanie i multum kłopotów. Ale wypadek ten nie zniechęcił Narkiewicza do polowania i niebawem wyjechał znowu na kuropatwy.
Wrócił z tego polowania wieczorem do teatru, ale prosił, by go nie wołano tym razem do charakteryzacji, gdyż jest bardzo przemęczony. Ułożył się do snu na kanapce w korytarzu, gdzie mieściły się garderoby. Przed zaśnięciem Narkiewicz opowiedział mi o szczegółach polowania, między innymi wspomniał, iż ostatnia kuropatwa, do której strzelił i która padła w krzaki, nie została przez niego zabrana, gdyż będąc przemęczony nie skontrolował, czy żyje. W tym momencie zasnął.
Na scenie tymczasem szła rewia, w której między innymi występowali oryginalni gazeciarze warszawscy. Wziąłem jednego z nich, który chętnie się zgodził, zrobić wspólnie ze mną kawał śpiącemu Narkiewiczowi. Poszliśmy do kancelarii, skąd zatelefonowałem do garderoby. Podszedł dyżurny, któremu poleciłem natychmiast w ważnej sprawie obudzić Narkiewicza. Obudzony z trudem bierze słuchawkę, skąd słyszy piskliwy głosik mojego gazeciarza: „Czy to pan Narkiewicz? – Tak, a kto mówi?:. „Tu mówi ta kuropatwa, ja żyję, żyję”… Narkiewicz oniemiał”.
Ludwik Lawiński, Kupiłem: wspomnienia zza kulis, N. MacNeill and Co. Press Ltd. Londyn, 1958