Janek Wrzos, niezwykle muzykalny chłopiec z biednej wsi, ląduje w domu poprawczym za rzekomą kradzież skrzypiec. Po latach, już jako dorosły chłopak ucieka z poprawczaka i zaczyna życie od nowa. Z początku jest bardzo ciężko, lecz po jakimś czasie robi karierę jako skrzypek i zakochuje się z wzajemnością w śpiewaczce Ewie. Zazdrosny konkurent, dziedzic Ludwik Zaruba, aby pozbyć się rywala, wyciąga na jaw jego niechlubną przeszłość.
Znana nowela Henryka Sienkiewicza Janko Muzykant posłużyła jedynie za punkt wyjścia dla fabuły: główny bohater nie umiera jako dziecko, a film przedstawia jego dalsze losy. Film wzorował się nieco na hollywoodzkich produkcjach i był zapowiedzią „lżejszych” obrazów obyczajowych kończących się happy endem, zgodnie z regułami gatunku.
upamiętnienie
- Janko Muzykant jest jednym z pierwszych 70 filmów, które jesienią 2025 roku trafiły na Listę Polskiego Dziedzictwa Filmowego.
artykuły powiązane
Był to jeden z pierwszych polskich filmów dźwiękowych. W latach powojennych znana była jedynie niekompletna kopia pozbawiona dźwięku. Nie jest jednak prawdą, że film istniał w dwóch wersjach: niemej i dźwiękowej. Od samego początku produkowany był jako film dźwiękowy, ze specjalnie skomponowaną ilustracją muzyczną autorstwa Grzegorza Fitelberga i Leona Schillera. Ponieważ jednak nie miał dialogów (miały one formę plansz z napisami), jego pozbawiona dźwięku kopia mogła być mylnie uważana za film niemy.
Ścieżka dźwiękowa była nagrywana w Berlinie. Nad kompozycją czuwał Grzegorz Fitelberg. Ze względu na to, że Adolf Dymsza i Kazimierz Krukowski nie mogli pojechać na nagranie, zastąpili ich Michał Halicz (Dymsza) i Włodzimierz Boruński (Krukowski).
Dzięki sensacyjnemu odnalezieniu oryginalnych płyt ze ścieżką dźwiękową oraz pieczołowitej rekonstrukcji i restauracji cyfrowej odzyskał swoją pierwotną formę. Dziś to niezwykle ciekawy przykład filmu z okresu przełomu między kinem niemym a dźwiękowym.
W rodzinie Witolda Contiego zachowały się skrzypce, na których grał w filmie.
plenery
przy realizacji filmu współpracowały następujące firmy
- toalety Marii Malickiej zapewniła firma Ewelina ul. Chmielna 24
- konfekcję męską – firma A. Chojnackiego ul. Marszałkowska 109
- samochody marki Auburn wypożyczyła firma Niktan ul. Nowy Świat 7
- meble trzcinowe – firma W. Krąkowskiej Al. Ujazdowskie 32
Coś nowego dźwięczy w symfonii wzrokowej Janka Muzykanta, coś, czego nie wyczuwało się dotąd w filmach polskich. Dźwięczy poezja. To nie jest zdawkowy i sztuczny liryzm, którym wyrobnicy filmowi szpikują „na zimno” scenki „nastrojowe”; to nie są również efekty, czerpane z numerów Morskiego Oka dla wywołania dramatycznego „napięcia” i grozy. Klimat uczuciowy Janka Muzykanta, zwłaszcza w pierwszej części, osnutej na noweli Sienkiewicza, niesie z ekranu na widownię ciekłe tchnienie poezji, oddech prawdziwej sztuki, wcielonej w prześliczną postać małego grajka wioskowego (Stefek Rogulski), z którego wyrasta natchniony muzyk (Witold Conti) o twarzy, przepojonej dziwną słodyczą, z oczami, które zdają się pomijać sprawy ziemskie i gonić jakieś nadobłoczne wizje.
Za to wprowadzenie szczerej i czystej poezji na ekrany polskie, po których często harcuje brudna spekulacja na najpospolitszych instynktach gawiedzi – za to jedno już należy się twórcom Janka Muzykanta szczera i głęboka wdzięczność.
Ale nawet najlepsze intencje zawodzą, gdy nie są poparte odpowiednią techniką. Otóż należy stwierdzić, że technika zdjęć w Janku Muzykancie stoi na wysokim poziomie i dostraja się godnie do treści. Dotyczy to zwłaszcza plenerów w scenach początkowych. Prześliczne krajobrazy wiejskie tworzą harmonijny akord z duszyczką małego artysty, któremu gra i śpiewa każde drzewo, każdy listek, każdy ptak. Inż. Gniazdowski, nestor operatorów polskich, okazał się nie tylko mistrzem, ale i artystą w swoim zakresie.
Osobliwością Janka Muzykanta jest wplecenie do lirycznego dramatu pierwiastków swawolnej farsy, a nawet groteski, w myśl formuły Chaplina (który zaczerpnął ją od Napoleona): du sublime au ridicule il n‘y a qu’un pas [od wzniosłości do śmieszności dzieli nas tylko jeden krok – przypis red.]. Śmieszność spływa wprawdzie z postaci Janka, jak woda ze skrzydeł łabędzia, ale przepada na wskroś postacie dwóch jego kompanionów w kapitalnej interpretacji Dymszy i Krukowskiego. Ta trójka „trubadurów”: piękny grajek, wesoły urwis i sprytny „manager” kryje w sobie całą kopalnię humoru; czy znajdzie się kto, żeby ją odpowiednio wyzyskać?
Nie jest, oczywiście, Janko Muzykant arcydziełem; poziom filmu jest nierówny, chwilami akcja grzęźnie w banalnościach i dłużyznach, niektóre fragmenty są „puszczone” albo zbyteczne, a natężenie twórcze słabnie ku końcowi, lecz pomimo tych drobnych usterek witamy piękny ten film z radością i z ulgą, że pozwolono nam nareszcie odetchnąć atmosferą Sztuki.
Wśród licznego zespołu wykonawców należy wyróżnić małego Stefka Rogulskiego (cudowne chłopię z noweli Sienkiewicza) ujmującego debiutanta, Witolda Contiego, którego maska, acz niewyrobiona mimicznie, nadaje się dobrze do roli Janka Muzykanta, dalej dwóch świetnych komików Dymszę i Krukowskiego, godnych stanąć obok amerykańskich królów śmiechu (dajcie im tylko fachowych gagmanów!); następnie: niezawodny, jak zawsze, Gawlikowski, stylowa matka – wieśniaczka, Tekla Trapszo i Aleksander Żabczyński, jako gentleman o rysach Apolla. A Maria Malicka? Rewelacją swojego rodzaju jest debiut uroczej artystki w roli śpiewaczki, obdarzonej silnym i dźwięcznym głosem.
L. B., Czarujący Janko Muzykant na przemian wzrusza i bawi, „Kino” 1930, nr 37 (16 listopada)
Końcowa scena filmu Janko Muzykant... W izbie chłopskiej całują się namiętnie młody skrzypek ze znaną śpiewaczką, recte Witold Conti z Marią Malicką.
A teraz następna scena: para zakochanych na wiwat wypuszcza z klatki kosa, który swoim wesołym pogwizdywaniem umilał życie bohaterowi filmu...
Przekorny ptak, zamiast wzbić się prosto w niebo, jak tego wymagał scenariusz, siada prozaicznie na podłodze.
Scenę powtórzono raz, drugi i dziesiąty z tym samym skutkiem.
Operatorzy klęli, reżyser zachrypł i ocierał pot z czoła, jeden kos tylko nic sobie z niczego nie robił i na wszystko gwizdał. Wreszcie, po długim namyśle, wzbił się przykładnie do góry i — spadł ogłuszony, uderzywszy łebkiem o szklany dach „atelier”. Tym razem scena się udała, wszyscy byli zadowoleni, prócz kosa...
Migawki filmowe, „Kino” 1930, nr 25 (24 sierpień)
[Nie pragnę klucza od raju bram]
muzyka: Grzegorz Fitelberg, Leon Schiller
słowa: Konrad Tom
wykonanie: Maria Malicka
Nie pragnę klucza od raju bram,
nie chcę gwiazdki z nieba.
Mnie wystarczy to, co mam,
resztę – zostawiam wam!
Niechby w chatce – byleby z nim,
w biedzie – a żyć we dwoje!
To sny moje – o tem roję,
naprzekór ludziom złym!
Jak lata ptaszek po ulicy,
i szuka sobie ziarn pszenicy,
tak twych uśmiechów
i twej pieszczoty
ja szukam ciągle,
skarbie złoty!
Jak lata ptaszek w jasnem niebie,
tak krążą myśli wkoło ciebie.
I tak są blisko,
a wciąż się boją
wyznać ci miłość moją!
[Jak spytacie się mnie, czem ja w życiu być chcę]
muzyka: Grzegorz Fitelberg, Leon Schiller
słowa: Konrad Tom
wykonanie: Michał Halicz (Kazimierz Krukowski)
Jak spytacie się mnie, czem ja w życiu być chcę,
żebym sobie wybrałem, co wolę,
to ja przyznam się wam, że od dawna już mam,
że dla siebie wybrałem już rolę.
Nie sportowy być as, nie Szalapin być bas,
nie minister, nie żołnierz w mundurze,
Nie Krukowski, nie Włast, ani Albert od ciast,
ani cadyk chcę być w Sadogórze.
Ani to, ani to – nie, nie, nie!
Milionerem być – ot, co ja chcę!!!
Forsę mieć – to dobry fach,
liczyć ją po całych dniach,
mieć robotę cały czas
tylko z wpychaniem do kas!
Forsę masz – to znają, kochają cię,
zaraz a gancer jesteś „ja ciebie dam”,
żeński płeć już tuli się, czuli się,
którą sobie wybrać nie wiesz sam.
Forsę mieć – to dobry fach,
liczyć ją po całych dniach,
mieć robotę cały czas
tylko z wpychaniem do kas!
[Gdzie jest plac, gdzie jest plac Kercelego]
muzyka: Grzegorz Fitelberg, Leon Schiller
słowa: Konrad Tom
wykonanie: Włodzimierz Boruński (Adolf Dymsza)
Gdzie jest plac, gdzie jest plac Kercelego,
skwera się zbiera się – sam nasz brat.
Kupić co, sprzedać co – przyjdź, kolego,
tu ci dopasują akurat!
Skoki są, ciuchy są, statek wszelki,
stare portki, nowe szelki,
myszki są, pliszki są, króle też,
na co gust masz, to se bierz!
Jak masz fart, siądź do kart, zagraj w sztosa,
raz sy git i na kwit jeszcze raz.
Czuwaj duch, bo już w ruch idzie kosa,
a na konto draki nie strasz nas!
Hop-siup! Bo my z Kercelaka
często i gęsto się lubim prać.
Hop-siup! I już idzie draka,
ferajna zwyczajna kopsy brać!
[pisownia oryginalna]