Młoda dziewczyna, Krysia, mieszka wraz z matką w miasteczku prowincjonalnym, w małym domku przy nasypie kolejowym. Codziennie wieczorem przebiega ekspres międzynarodowy Lux, cały w światłach i błyskach. Krysia z tęsknotą wpatruje się w przejeżdżający pociąg i marzy o dalekim świecie, o nowych wrażeniach, o życiu, które poznała z przeczytanych książek.
Ale nigdy nie zatrzymuje się błyskawiczny pociąg przed jej oknami i znowu Krysia powraca do banalnej, szarej egzystencji małego miasteczka. Jej narzeczony Jerzy nadaremnie stara się przekonać ją, że dalekie i nieznane przygody istnieją tylko w książkach i że życie prowincjonalne posiada swój urok. Krysia jest smutna i przygnębiona.
Tymczasem… Na Dalekim wschodzie młody podróżnik Lars zwiedza świątynię słynną z posiadania magicznego naszyjnika posiadającego niezwykłe właściwości. Lars godziny całe stoi przed posągiem bogini i naszyjnik wywiera na nim jakiś nieodparty wpływ. Na koniec, pod wpływem nieprzezwyciężonego impulsu Lars umawia się z przewodnikiem, który zabiera naszyjnik i wręcza go Larsowi. Kapłani zaalarmowani napadają na przewodnika, który pada zasztyletowany. Lars ucieka. Emisariusze mściwej bogini prześladują go jednak bez przerwy.
Lars postanawia wrócić do Europy. I oto mknie w ekspresie międzynarodowym. Pewnego wieczoru o g. 9-25, ekspres uszkodzony zatrzymał się przed oknem Krysi. Krysia wybiega na nasyp, aby obejrzeć pociąg. Tu poznaje się z Larsem. Zagłębiona w rozmowie nie zauważa, że pociąg ruszył. Przerażona, uspokaja się pod wpływem Larsa i jedzie z nim do stolicy.
Chińscy emisariusze podpatrują ich. W hotelu, gdzie zatrzymał się Lars, tego wieczoru odbył się bal kostiumowy. Krysia udaje się na bal z Larsem i bez wiedzy swojego towarzysza włożyła święty naszyjnik. I złowrogi klejnot jest przedmiotem ciągłego prześladowania. Na balu pomiędzy dźwiękami muzyki i szałem zabawy wybucha walka z emisariuszami bogini. Krysia i Lars są porwani.
Przypadek tylko wyratował ich z niechybnej zguby. Krysia przerażona ucieka przez ciemne zaułki i wraca do miasteczka chora. Kiedy wraca do zdrowia, widzi swoją matkę i Jerzego. Uśmiecha się do nich.
Przygoda przeszła jak zły sen w jej żuciu i Krysia jest szczęśliwa z Jerzym.
„Film” 1929, nr 36-37, s. 6 (15 września)
Grono entuzjastów kina zrealizowało film. Pierwszy swój film. Reżyserzy Biske i Augustynowicz po raz pierwszy w życiu ujęli w swe dłonie ster realizacji filmu, aktorzy Iza Norska, Harry Cort i Tad. Ordeyg stanęli po raz pierwszy pod oślepiającym światłem jupiterów i przed obiektywem aparatu filmowego.
I zaczęła się rzetelna, uczciwa praca. Ślady tej rzetelności widać właśnie na całym filmie. Liczne zmiany ustawień, wiele wypieszczonych scenek, dziesiątki naprawdę rozumnych pomysłów reżyserskich – pokazują, że nad filmem pracowano, myślano, harowano.
Wplecenie egzotyki do polskiego filmu, danie fragmentów buddyjskiej świątyni itp. było wielką odwagą ze strony początkujących reżyserów.
I trzeba przyznać, że sceny te wypadły wyjątkowo dobrze. Dobrze też wypadły sceny na balu, w których ujawnił się duży nerw artystyczny realizatorów.
Najbardziej doświadczony z pośród wykonawców filmu operator p. Vlassak, dał doskonałe pod każdym względem zdjęcia. Nawet zdjęcia nocne robione w pośpiechu, za pomocą agregatora, wypadły doskonale.
Te zdjęcia nocne przypominają nam chwile, które spędziliśmy podczas ich nakręcania na stacji kolejowej Pelcowizna. To co wówczas realizowano, szalonym wysiłkiem wszystkich przez przeciąg dwunastu godzin, przemknęło na premierze przez ekran w ciągu kilku chwil. Takim jest właśnie ten stosunek pracy do samego filmu. Miesiące harowania i męki ze strony aktorów i reżysera – widz zaś to ogląda w ciągu zaledwie dwóch godzin, nie zdając sobie często sprawy z tego ile zdrowia i wysiłków film kosztował.
W filmie tym jest sporo wad. Są nawet wady rażące, lecz nikomu na myśl nie przyjdzie gniewać za nie na reżyserów.
9.25 jest filmem w całym tego słowa znaczeniu. Pokutująca w naszej produkcji teatralność tu nie ma miejsca. Nie mogła mieć miejsca, gdyż cały zespół został jakby „urodzony” dla tego filmu. „Człowiek z tłumu” jest tu Iza Norska, również debiutantami są Harry Cort i Tad. Ordeyg.
I wybór zdaje się był szczęśliwy. Iza Norska grała bardzo miło, była szczera, naturalna, wszystkie jej ruchy cechowało opanowanie, jej uśmiech i łzy były prawdziwe, nie fabrykowane. Ta szczerość interpretacji razem z fotogeniczną, miłą twarzyczką każe nam twierdzić, że spotkamy się z tą miłą gwiazdą nie w jednym jeszcze filmie polskim. Harry Cort, ma dobre warunki zewnętrzne, nie zawsze jednak panował nad sobą, ogarniał pole swej gry i przyjmował swoje zadanie. Młody to jeszcze aktor, niewyrobiony, ale znać, że jak trafi na rolę dla siebie to będzie pociechą dla wytwórni.
Trzeba przecież przyznać, że rola podróżnika była nieodpowiednia dla młodego jeszcze Harry Corta. Nie wiedział na kogo ma grać: wytrawnego globtrotera, czy też wyjadacza serc niewieścich. Na globtrotera był za młody, na wyjadacza serc mało doświadczony.
Tad. Ordeyg winien rozgniewać się na charakteryzatora. Źle go uszminkowano i dla tego postać lamy, którego odtwarza, nie zawsze była jednolita twarzowo. Opanowany i inteligentny ten aktor ma dużą przyszłość przed sobą.
Element teatralny reprezentowali w filmie tym Walter i Bodo. Mają oni jednak dryg do filmu, są otrzaskani z obiektywem i ze swych małych ról stworzyli prawdziwe perełki. Cybulski, znany nam z Ponad śnieg miał krótką, ale niewdzięczną, dziwnie nie męską. Przystojny ten gwiazdor zasłużył na baczniejszą uwagę reżyserów.
Dziwnym trafem wybrano słabą konstrukcyjnie treść, szalenie naiwną i rachityczną. Ale to na zdrowie filmowi tak bardzo nic szkodzi. Jest tu dużo ruchu. Sporo emocji i wzruszeń, tak że publiczność wybaczy wady scenariusza i powita z uznanie film.
Nie jest to żaden super szlagier, ale poprawny film. Jak na ludzi nowych to prawdziwa dla nas niespodzianka.
Wszyscy współtwórcy tego filmu winni go bacznie wystudiować, zająć się wyszukiwaniem wad, które im w przyszłości wytkniemy, wówczas kiedy staną przed publicznością z drugim swoim filmem.
Dziś o wadach zapomnieliśmy, pragniemy nowy ten zespół zachęcić do dalszej pracy i aby ona była jak najbardziej owocną.
T. Mic., Na srebrnym ekranie. 9.25. Przygoda jednej nocy w kinie Colosseum, „ABC” 1929, nr 250 (5 września)
Zanim wyszedł z powijaków film polski, już zaczyna się emancypować, ruszać pędem ku egzotyce, ku eksperymentom trudnym, ku skomplikowanym technicznie i psychologicznie tematom. Czy jest to wskazane dla racjonalnego rozwoju sztuki filmowej polskiej? Nie wiadomo. W każdym razie pierwsza próba stworzenia sensacyjno-egzotycznego obrazu, udała się bardzo. Oczywiście, kiedy się film rozpoczyna, nie nowym zresztą, ale tyle psychologicznym założeniem, mianowicie tym istnieniem ludzkim, które rzucone na szare tło codzienności, rwie się ku nieznanemu – irytuje widza, że dalszy ciąg, od momentu wyruszenia Norskiej w świat, nie rozwija się normalnie i naturalnie. Jaką niewyczerpaną skarbnicą pomysłów reżyserskich i spostrzeżeń psychologicznych, byłaby ta przygoda jednej nocy, spędzonej w warunkach niespodzianych, z młodym ślicznym, nieznanym chłopcem, w środowisku oszałamiającym – zachwyt! – odurzenie! i – rozczarowanie i ocknięcie się ze snu!
Do pewnego momentu więc nie może widz darować autorom, że wprowadzili ten niepotrzebny moment porwanego świętego naszyjnika, jego syjamskich mścicieli ect. Lecz tylko do pewnego momentu, bo w końcu tak dalece zaciekawi nas techniczna strona roboty, tak cieszy postęp niebywały w tejże technice, że wybaczamy wszystko. Tego jednego tylko nie wybaczymy, ze obraz się nie kończy na scenie, kiedy Cybulski puka do okna Izy po jej burzliwych przejściach nocnych i zwyczajnie powiada: „dzień dobry – jak ci się spało, kochanie?”. Po co ta choroba, ta matka zawodząca, ten doktor zapisujący pigułki i to nagle uzdrowienie z bukietem tulipanów? Stanowczo należy wyrzucić cały ów głupi epilog, niepotrzebna ‘kropkę nad i”.
Obraz Solafilmu jest przede wszystkim, olbrzymim triumfem ekranu, czystego ekranu, albowiem wyrzucony został wszelki rekwizyt teatru. Role główne wszystkie obsadzone przez nowych, specjalnie do ról wyszukanych artystów. Cudowną akwizycją jest Harry Cort. Mamy nareszcie prawdziwego amanta ekranu polskiego.
Zbyszek Sawan, piękny chłopak, jest raczej bohaterskim amantem do ról takich, jaką kreował w Huraganie: pełen młodego uniesienia i wybuchowej siły. Brodzisz będzie tym amantem o twardej, męskiej urodzie, bez pieszczotliwości, wymagający posłuchu dla swojej woli, energiczny i nieustępliwy.
Harry Cort będzie tym pierwszym romantycznym, trochę buduarowym, trochę słodkim, wybitnie à la Valentino kochankiem. Jest niezwykle pięknym, ślicznie zbudowanym, o ruchach urodzonego ekranowego artysty, bo miękkich przedziwnie i naturalnych. Uśmiech czarujący. Oczywiście jeszcze musi przejść niejeden ogień jupiterów, aby dojść do doskonałości, w każdym razie jest to nabytek dla polskiego filmu wprost bezcenny.
Igo Sym, po tylu obrazach, nie może się nawet z nim zrównać. Norska może być dobrą artystką filmową, ale niczym wybitnym nie uderza. Cybulski ma tu świetną szminkę, gra naturalnie i miło. Znakomity jest Ordeyg, który się wybija na polskiego Wegenera, czy Goetzkego, tylko że posiada o wiele szlachetniejsze od nich rysy.
Epizodyczne role nie są bynajmniej lekceważone, jak to się zwykle działo u nas dotychczas. Jacy doskonali tancerze! – zwłaszcza ta tańcząca bez maski, lub ów Indianin. Mignęła nam się tylko bajeczna maska ekranowa Jarosława Iwaszkiewicza, o którym powinni śnić odtąd wszystkie wytwórnie. Rodzajowa scenka gry towarzyskiej, w małomiasteczkowym mieszkanku, stanowczo za krótka.
Typy zebrane przy stoliku są tak bajeczne: Walter, Skonieczny, Niovilla i – zwłaszcza stara panna! A nawet Jerzy Jaremi, godny eskulap prowincjonalny, opięty w ciasny tużurek o 20-centymetrowy kołnierzyk. Jemu się należało, mówiąc między nami, brawo największe, albowiem on jest... wynalazcą Harry Corta.
Zakończony ten hymn pochwalny przestrogą w stronę innych polskich wytwórni filmowych, dokańczających swoje prace: uwaga!!! Po Przygodzie jednej nocy nie możecie wystąpić z byle czym...
M.J.W. (Maria Jehanne Wielopolska), „Kurjer Poranny” 1929, nr 244 (3 września)