W Gamie, córce archiwisty Teobalda, kocha się jej nauczyciel muzyki, Geniuś. Gama odpłaca mu wzajemnością, ale na przeszkodzie stoi Tosio, bogaty, lecz podtatusiały adorator Gamy, który stara się o jej rękę i cieszy się sympatią rodziców, w przeciwieństwie do Geniusia. Geniuś traci posadę, bo mama Gamy zauważa, jak całuje się z jej córką.
Geniuś i Tosio rywalizują o względy pięknej dziewczyny, używając najróżniejszych forteli (np. Geniuś wmawia rywalowi popełnienie zabójstwa) i przeżywając najróżniejsze przygody (np. uciekając przed policjantami jeden znajduje schronienie w skrzyni, którą wywożą w niewiadomym kierunku, drugi zaś ukrywa się w beczce, która rozbija się, wpadając na latarnię).
Odpowiednio ucharakteryzowany Geniuś wraca do domu ukochanej jako nowy nauczyciel muzyki. Ojciec Gamy, zapalony spirytysta, zaprasza na prywatny seans sławnego jogę, lecz zamiast jogi zjawia się Geniuś w kolejnym przebraniu. Przepowie Gamie małżeństwo z pierwszym mężczyzną z chryzantemą w klapie napotkanym 11 września. Będzie nim oczywiście Geniuś.
Minęło kilka lat. Tosio, który gorzko płakał widząc ukochaną na ślubnym kobiercu u boku rywala, szczerze jest ubawiony spotkawszy stadło w otoczeniu siedmiorga maleństw.
Artykuły powiązane
Jest to pierwsza farsa kinematograficzna polskiej produkcji w wielkim stylu, stworzona wedle wzorów amerykańskich.
W filmie debiutował Eugeniusz Bodo, którego na plan ściągnął ponoć operator Seweryn Steinwurzel.
W jednym z wywiadów Bodo mówił, że każdy trochę reżyserował, każdy trochę pisał scenariusz, bo wszyscy się uczyli. Nie wiedzieli jak robi się film, więc sobie pomagali. Ostatecznie obraz został bardzo dobrze przyjęty przez prasę, która pisała, że Rywale to farsa grana w niebywałym tempie, iskrzy się od niebywałych tricków i kawałów.
posłuchaj

Jak na stosunki Polski, produkt wytwórni Efes-Film jest dobry, a byłby jeszcze lepszy, gdyby zerwano z tradycją warszawskich fars.
O wartości tego filmu przesądza utrzymanie całości obrazu na poziomie wesołości artystycznej, bez zniżania się do cyrkowo-akrobatycznych urozmaiceń, z jakimi często najeżone są farsy amerykańskie.
Świetnie pomyślana sytuacja i arcyzabawne powikłania roztaczają nad Rywalami atmosferę lekkiego, subtelnego dowcipu i uśmiechniętej satyry. Taka np. scena fikcyjnego morderstwa lub ucieczki przed policja niewinnego, lecz przekonanego o swej zbrodni, Tosia, ma w sobie bezkonkurencyjny komizm, nie mówiąc już o scenach w wagonie, które ze względów bon ton'u należą do tego, o czym się nie mówi...
Gdyby Fertner miał pisać sprawozdanie z Rywali, to mógłby je śmiało rozpocząć od słów: „Pan naczelnik - to ja...”. Chociaż bowiem z obrazu wynika, że Tosio kręcił się koło panny Gamy, to jednak w gruncie rzeczy cały obraz kręci się koło pana Tosia, niezwyciężonego króla trustu śmiechowego, do którego należy także fabrykant wesołości Bodo i przedstawicielka płci eleganckiej - Elna Gistedt.
Jednym słowem Rywalami jesteśmy rozkosznie zdziwieni, oczarowani i podbici, ale śląc warszawskiej wytwórni Efes-Film wyrazy uznania, pozwalamy sobie pod jej adresem zaznaczyć: dziękujemy za już i prosimy o jeszcze!
„Film” 1925, nr 15, str. 6