Film był adaptacją powieści Elizy Orzeszkowej. Nie znamy scenariusza, a informacje o filmie są szczątkowe, więc nie wiadomo, na ile ta adaptacja była wierna pierwowzorowi.
Artykuły powiązane
Redakcja Starego Kina dotarła do informacji, że jedna z pięciu kopii została świadomie zniszczona wraz z dokumentacją przez rodzinę operatora filmu Stanisława Wohla. Było to podyktowane strachem przed SB.
Warszawskie kino Colloseum, które stało dokładnie w tym miejscu, w którym dzisiaj mieszkam. Teraz siedzimy prawie na jego ekranie. W tej bramie naprzeciwko wisiały nasze fotosy. Jeden z pierwszych nalotów zniósł stojąca nieopodal kamienice Malinowskiego. Byliśmy z Zarzyckim w tym momencie na ulicy. Kiedy kurz opadł samoloty odleciały, pobiegliśmy do zwalonego domu. Pod rozpryskanym szkłem z filmowej gabloty leżał zabity człowiek. Nikt już nigdy nie zobaczył naszego Nad Niemnem. A zrobiliśmy w nim pierwszy w polskim kinie odjazd od zbliżenia Barszczewskiej do totalu sali balowej. Nie było wówczas kranów ani transfokatorów. Zbudowaliśmy równię pochyłą i na linach ciągnęliśmy po niej wózek z kamerą, od dołu popychany jeszcze przez ludzi. Zrobiliśmy masę dubli, bo w sześciu widać było głowy pchających. Ale siódmy się udał.
„Ekran” 1987, nr 50
– Ten film to legenda polskiego przemysłu filmowego - opowiada profesor Tadeusz Lubelski. – Wanda Jakubowska wspominała mi, że jak przyszła wraz z reżyserem filmu Jerzym Zarzyckim do kina, gdzie miał odbyć się premierowy pokaz, nie mogli w ogóle wejść do środka. Hol kina był zasłany trupami ludzi, którzy zginęli w wyniku bombardowania. Tam umieszczano ich zwłoki, choć wisiały jeszcze fotosy i plakat filmu. W tej sytuacji o premierze nie mogło być mowy.
Ponoć tylko Jarosław Iwaszkiewicz, który na podstawie powieści Elizy Orzeszkowej napisał scenariusz, zdołał zobaczyć film. Uznał go zresztą za najlepszą polską produkcję. Tytuł miał starannie dobraną obsadę, realizowany był w prawdziwych Bohatyrowiczach. Pracę na planie rozpoczęto wiosną 1939 roku, w wakacje zmontowano obraz dzięki czemu mógł go zobaczyć Jarosław Iwaszkiewicz. Był jednak ostatnią osobą, która widziała Nad Niemnem. Film trzeba było szybko ukryć, ponieważ na jego jakości poznali się również Niemcy. Naziści wymyślili, że go przemontują i udźwiękowią na nowo. Idea była taka, by zrobić z tego film antypolski, uzasadniający aneksję. Ci postępowi młodzi pozytywiści to byli Niemcy po prostu, którzy walczą z anachronicznym polskim ziemiaństwem.
To wtedy zaalarmował podziemie Stefan Dekierowski, centralna postać polskiego przedwojennego przemysłu filmowego, właściciel największej hali produkcyjnej. Zgodził się współpracować z Niemcami na zlecenie podziemia. Niby wykonywał to, co proponowali Niemcy, ale tak naprawdę był polskim agentem. Dekierowski zimą 1939 roku poinformował odpowiednie osoby o tym, że Nad Niemnem bardzo spodobało się Niemcom, którzy planują go przerobić i doprowadzić do kompromitacji Polaków. Zaproponował, by ukryć kopie, których wtedy istniało pięć. Tak też uczyniono. Chłopcy z podziemia pochowali taśmy w różnych piwnicach na warszawskim Żoliborzu. Niestety ci młodzi mężczyźni zginęli podczas wojny. Położenie kopii było i do dziś pozostało nieznane – do tej pory ich nie odnaleziono. Choć gdzieś istnieją do dziś – filmu nie ma.