Bohaterem tej mało wybrednej farsy jest podupadły finansowo hrabia, nagminnie prześladowany przez wierzycieli. Stracił pieniądze, przyjaciół, ale pozostał mu już tylko jeden wierny czarnoskóry służący.
Przymuszony rosnącymi długami hrabia ożenił się z kobietą ze znaczną nadwagą, ale majętną. Zakochana w mężu kobieta usilnie stara się schudnąć, więc się gimnastykuje, boksuje, a potem udaje się do zakładu kosmetycznego, w którym zabiegami chirurgicznymi usuwa tkankę tłuszczową.
Film ubarwiały sceny pijackie i pikantne, m.in. hrabia odmówił swej grubej małżonce pieszczot w noc poślubną.
Wszystko kończy się szczęśliwie.
Kino Varsavia: Miodowe miesiące z przeszkodami, scenariusz Zofii Dromlewiczowej, reżyseria Seweryna Romina.
Ten film jest najlepszy ze wszystkich filmów polskich, które ja widziałem – co prawda widziałem ich niewiele, np. ani Strzału Belmonta, ani Krzyku Przybyszewskiego, więc ta pochwała niewiele znaczy. Ale jeżeli powiadam, że jest najlepszy, nie znaczy to jeszcze, żeby mi się podobał. To jedno nie ulega dla mnie wątpliwości, że ten czy ci, co ten film robili, mają poczucie tego, co ma być w kinie, że z wzorów zagranicznych korzystają dobrze i wciąż starają się dawać coś istotnie kinowego, czy, jak się to szumnie mówi: fotogenicznego. Pod tym względem jest to film staranny, sumienny, nawet pomysłowy.
Oto np. podupadły hrabia, wylegujący się w ubogiej izdebce, ale w hamaku, ostatni wierny służący Murzyn, kołysze go do snu. Na schodach przed jego pokojem zasiadają kolejno zawiedzeni wierzyciele, aż się utworzyła spora ich gromadka: znowu niezły obraz.
Hrabia daje ogłoszenie, że zakłada szkołę filmową i oto przeciągają przed nami szeregiem charakterystyczne sylwetki różnych kandydatek na divy filmowe, zuchowate lub naiwne gębulki i odpowiednie ruchy.
Proszę też rozważyć ów znany nieufny ruch, w którym lekarz, zakochany w bohaterce, podaje rękę swemu rywalowi hrabiemu przy wzajemnym przedstawianiu. Albo owa futurystyczna gmatwanina snu na końcu, mieniącego się błyskawicznie różnymi szczegółami, jest tak samo dobra jak w niedawno wystawionym w Warszawie filmie Zamek duchów (z Linderem).
Jeżeli mimo to film ten nie zadowala, śmieszy, a nawet nudzi, to przyczyna tkwi w złym scenariuszu. Nie dlatego, żeby jego tematy były złe. Owszem, tematy same nawet mi dogadzają jako bardzo zgodne z moją teorią o roli ciała w kinie. Bohaterką jest osoba gruba, która ma schudnąć, więc się gimnastykuje, boksuje itd. — potem znów oddaje się ją do zakładu kosmetycznego, w którym zabiegami chirurgicznymi usuwa się mankamenty piękności. A więc ciało byłoby tu dostatecznie podkreślone.
Niestety, brak werwy komicznej i ordynarna niedyskrecja psują rozwinięcie tego tematu. Czy wina spada na autorkę scenariusza, czy reżysera lub jego pomocników, wykrawających sobie z ogólnikowego scenariusza scenki według swoich indywidualnych wyobrażeń o komizmie kinowym, w to już nie wchodzę. W każdym razie reżyser jest zawsze współautorem. Otóż w jaki sposób jest tu zaaranżowana grubość? Natrętnie, z antycypowaniem komicznego efektu; pokazuje się grubą osobę, a inne osoby na ekranie wciąż ją wyśmiewają, na boku parskają ze śmiechu, ale, niestety, widz się tym nie zaraża, chyba że gdzieś na jakimś przedmieściu to się uda. Takie wytykanie palcami jest nie tylko niekomiczne, jest nawet okrutne. Całkiem co innego byłoby grubość, a więc pewien gatunek cielesności, podkreślić środkami kinowymi. Np. gdy osoba gruba nie może przejść przez drzwi. Albo gdy grubas idzie chodnikiem i zajmuje wciąż tyle miejsca, że ktoś idący za nim, ktoś, komu bardzo spieszno, nie może się koło niego naprzód przecisnąć. Ale grubość sama przez się jeszcze nie jest „fotogeniczna”, choć tak mniemają ci, którzy się zachwycają samym Fattym, zamiast pomysłami Fattego.
Szczytem brutalności jest już scena, w której hrabia w nocy poślubnej odmawia grubasce swoich pieszczot. Autorzy spekulowali tu już ordynarnie na efekt łóżkowy. Mimo tych grubości i tłustości cała komedia jest bardzo chuda i wątła. Konceptów w niej dużo, aż za dużo, lecz rzadko który doprowadzony jest do jakiejś wyższej kinowej kulminacji; po większej części nie są wyzyskane i spełzają na niczym. Zamiast zasady piętrzenia autorzy robili według zasady gromadzenia. Końcowe akty, w których wprowadza się na scenę atelier filmowe, odbiegają już zupełnie od pierwotnego tematu i zdradzają przez to bezradność autorów.
Pewien polski – w ujemnym znaczeniu – charakter nadają filmowi sceny pijackie. „Urzynać się”, „ululać się” – oto, co autorom wydawało się szczególnie godne pokazania. Rzeczywiście, chyba jeszcze w Rosji pije się tak con amore i z takim urozmaiceniem, jak w Polsce. A więc jeżeli ten film ma pójść zagranicę, będzie mimo woli w pewnej mierze dawał także – folklor.
Podczas przedstawienia słyszałem za sobą różne opinie, przeważnie arbitralne i ujemne; bujda (na co się to nie mówi u nas „bujda”), aktorzy nasi jeszcze nie umieją grać dla kina, brak tempa, brak rytmu itp. Ciekawe było to, że nikt nie występował przeciw treści, że przyjmowano te nietakty autorów jako coś, co by bardzo dobrze można wytrzymać, gdyby temu nadać odpowiedni rytm i tempo. Ale rytm jest terminem, którego nikt dobrze nie rozumie, a posługują się nim blagierzy, dlatego jest taki popularny. Poczciwcy nie rozumieją, że treść jest nie tylko anegdotą, lecz musi przesycać także każdy atom sztuki, bo każdy jest także treścią. Głupstwo ujęte w najlepszy rytm pozostanie jednak głupstwem.
Karol Irzykowski, „Wiadomości Literackie” 29 czerwca 1924 roku, nr 26