Dzieje dwóch młodych akademików, Ładnowskiego i Paszkowskiego, z których pierwszy, idąc za głosem honoru, łączy się później ze swą ukochaną węzłem małżeńskim, drugi zaś porzuca kochankę w chwili, gdy ta oznajmiła mu, że ma zostać matką. Opuszczona, nie mogąc podołać ciężkiej walce o byt, umiera, pozostawiając małą córeczkę, Polę.
Minęło lat kilkanaście. Pola wyrosła na piękną dziewczynę i pracuje w magazynie mód. Pewnego dnia odnosi suknię do domu swego nieznanego ojca, inżyniera Paszkowskiego, gdzie wdziękiem swym zwraca jego uwagę. Paszkowski zaopiekował się dziewczęciem. Pola wkrótce zostaje sławną tancerką.
Po śmierci swej żony Paszkowski, zakochany do szaleństwa w Poli, pragnie ją poślubić. Pola z wdzięczności dla swego opiekuna gotowa jest zgodzić się na tę ofiarę serca, mimo iż sama kocha się w uwielbiającym ją młodym malarzu Henryku, który jest synem Ładnowskiego. Tak oto życie bujniejsze i bogatsze od fantazji poetów stwarza problem zawiły i tragiczny.
Kazimierz Junosza-Stępowski (Jan Paszkowski)
Władysław Grabowski (Lucjan Ładnowski)
Mia Mara (Stasia Majewska)
Rafaela Bończa (Madzia Zielińska)
Pola Negri (Pola, córka Jana i Stasi)
Józef Węgrzyn (Henryk, syn Lucjana i Madzi)
Halina Bruczówna
[Halina Bruczówna] Podobne powody do śmiechu, żartów i figlów, dawała nam praca ciągle. Raz zdarzyło się, że wskutek plenerowego zdjęcia filmowego spóźniliśmy się wszyscy na próbę. Nakręcaliśmy wówczas scenę pojedynku Władysława Grabowskiego z Węgrzynem. Zniecierpliwiony reżyser p. Marceli Trapszo, który wystawiał wówczas komedię w teatrze Letnim, (a my wszyscy graliśmy w niej), zaczął nas łajać za spóźnienie, grożąc poważnymi konsekwencjami... Pomysłowy Pawłowski postanowił za wszelką cenę opanować sytuację, i oto podchodzi do Trapszy i w wielkim zaufaniu zwierza mu tajemnicę, że... Władek Grabowski miał dziś pojedynek z pewnym „bubkiem o Halę Bruczównę, że ona się o tym dowiedziała, przybiegła w ostatniej chwili na miejsce spotkania stron i w ten sposób uratowała mu życie...”. Po prostu opowiedział mu scenę z filmu, a poczciwy dyrektor uwierzył, przebaczył spóźnienie, i nawet później rozpytywał minie o szczegóły tej strasznej przykrości... Słowem, kawał się udał.
Ale skoro się udał, rozumowaliśmy następnego dnia, to dlaczego nie kontynuować go dalej? Właśnie nadarzyła się okazja. Mieliśmy filmować scenę mojego ślubu z Grabowskim, i dla reklamy (był to pomysł Stasia Szebegi) postanowiliśmy nadać tej scenie wszelkie pozory prawdy. I oto 2 000 osób znajomych w Warszawie otrzymało zaproszenie... „ślub Haliny Bruczówny z Władysławem Grabowskim, który się odbędzie jutro w kościele w Wilanowie”. Zrobił się rwetes: jedni wierzyli, drudzy nie. Zakłady szły w tysiące. Całkiem zdezorientowany Zelwerowicz założył się z kimś o 100 mk., że ślub jest autentyczny, a były prezes operetki Śliwiński twierdził, że występuje na ślubie w charakterze oficjalnego świadka. Tak, czy owak, ślub się odbył według najidealniejszego, ówczesnego wzoru: biała kareta w dwa białe konie, bzy, biała suknia z welonem, frak, cylinder i... długa jazda truchcikiem do Wilanowa. A za tą inscenizacją krył się operator filmowy, którego stłoczona w kościele publiczność spostrzegła dopiero w ostatniej chwili...
Zabawna była historia z pewną, z pewną, nieżyjącą już dziś koleżanką Bruczówny. Nie dając wiary pogłosce o ślubie - artystka ta telefonuje do mieszkania „bohaterki” i oczywiście nie zastaje jej w domu. Jest natomiast służąca Marcysia, z którą rozgrywa się następujący dialog:
- Czy pani w domu?
- Nie. Ubrała się w ślubną suknię, przyjechał pan Grabowski we fraku, oboje wsiedli do białej karety i pojechali do Wilanowa.
- Więc Marcysia sądzi, że to naprawdę dziś ślub pani?
- Eee, chyba nie, bo u nas dziś... wielkie pranie, proszę pani.
Oczywiście, jak wielkie pranie może być ślub: następnego dnia ukazało się w prasie wyjaśnienie. Cała Warszawa mówiła wówczas o tym kawale i śmiała się serdecznie.
Mieczysław Szczęsny Jak to illo tempre bywało... „Kino” 9 lutego 1936, nr 6