Rok 1914. Filipek, kiper z krakowskiej winiarni, poznaje w legionowym biurze werbunkowym Reckiego, studenta z Zurychu, który „na zew wodza rzucił naukę, ażeby spełnić swój obowiązek wobec Polski”.
Podczas walk student zostaje ranny, a Filipek, szukając pomocy, pomaga mu dojść do pobliskiego dworu. Jednak dziedzic, pamiętający inne przegrane zrywy wolnościowe, wypędza „szaleńców” z dworu. Boi się zemsty okupantów. Jego córka, Zofia, ukrywa rannego w swym panieńskim pokoju, a gdy dwór zajmują Rosjanie, Kazik, syn dziedzica, ratuje rannego.
Kazik zaciąga się do legionów i odtąd walczą razem, a dziedziczka Zofia zostaje pielęgniarką we frontowym szpitalu. Podczas jednej z potyczek młody dziedzic ginie. Koledzy nad grobem żołnierską piosenką żegnają poległego.
Artykuły powiązane
Repremiera filmu Szaleńcy z 1928 roku
Tragiczny wypadek przy nakręcaniu filmu w Biedrusku
Pierwsza i jedyna zrealizowana część z tryptyku My, Pierwsza Brygada. Z „monumentalnej epopei filmowej, ilustrującej życie i działalność Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego” powstał i wszedł do dystrybucji jedynie ten film. Druga część - Komendant - nie została ukończona.
Szaleńcy – pierwsza polska superprodukcja i jeden z klasyków tzw. kina patriotycznego – w wyraźny sposób inspirowani był Wielką paradą (1925) Kinga Vidora. Z amerykańskiego filmu zaczerpnięto schemat fabularny – trzech ochotników pochodzących z różnych środowisk zaciąga się do wojska i bierze udział w walkach na froncie Wielkiej Wojny – analogiczne są też kluczowe dramaturgicznie sceny.
Plenery
Po premierze „Szaleńców„
Filmem, który jednogłośnie cała Polska prasa przyjęła entuzjastycznie, jest jeden z największych filmów wytworzonych w kraju. „Szaleńcy”, który święci, prawie od półtora miesiąca, prawdziwe triumfy na dwóch największych ekranach stolicy.
Doprawdy trzeba być, „szaleńcem”, ażeby w chwili napięcia zdań politycznych, rzucić przed tłum poniekąd propagandowe hasło, za pomocą tak delikatnego i wrażliwego instrumentu, jakim jest ekran.
W filmie propagandowym najczęściej brak umiaru artystycznego i miast propagandy widzimy szyte „grubym ściegiem” hasła, które nie tylko nie odnajdują oddźwięku w sercach widzów, ale przeciwnie wybudzają niesmak i zniechęcenie do górnolotnych, szumnych haseł i frazesów. Jako przykład możemy zacytować film propagandowo-niemiecki. O konieczności odzyskania floty wojennej, grany przed rokiem w „Colosseum” p. t. „Niewolnicy Morza„., no i ma się rozumieć rodzime wyborcze propagandówki.
Wręcz odmiennymi drogami poszli twórcy „Szaleńców”.
Wyjęli strzępek życia, który niewątpliwie miał miejsce w tysiącach rodzin polskich, na to zarzucili bez haseł propagandowych prawdę historyczną, dając za tło zdarzenia, które działy się przed oczami wszystkich i przez najbardziej skrajnego wroga nie mogą być negowane, okrasili to dużą dozą humoru i powiedzieli do widza: „Wnioski sam sobie wysnuj”. I każdy w zależności od humoru, pogody, towarzyszki lub poglądów politycznych, wnioski sobie sam snuć musi.
Jeden tylko moment w całym filmie jest „par execelence„ propagandowy, t. j. moment, gdy na tle powracających, pod łukiem triumfalnym w Warszawie, zwycięskich z bolszewikiem wojsk polskich, lekkimi konturami rysuje się twarz p. marszałka Piłsudskiego.
Ale i ten moment potraktowany artystycznie zupełnie nie razi, tym bardziej. ze rozumiemy motywy, które poniekąd miały wpływ na umieszczenie jego portretu w tym miejscu. Może być, że zbyt srogi cenzor odnalazłby źdźbło nie tyle w oku, o ile w bombastycznych napisach. ale gdy się dowie, ze napisy sporządził Leo Belmont. machnie tylko ręką.
Jednym słowem dzięki samokrytycyzmowi artystycznemu reżysera „Szaleńców” p. Leonarda Buczkowskiego, film w zamierzeniach swoich, mający by propagandówką, stał się szczerym. bezpretensjonalnym obrazem. który prostotą swą najbardziej przemawia do serca widza. Największą pochwałą, jaką mogę i powinienem wyrazić o „Szaleńcach”, niech będzie zacytowanie następującego faktu:
Obok mnie, na premierze tego filmu, siedziała dwunastoletnia dziewczynka ze swym ojcem. Podczas scen pogrzebu „Kazika” wylewała łzy tak obficie, aż w pewnej chwili usłyszałem szept, przerywany łkaniem: „Tatusiu, pożycz mi chustki, bo moja już cała mokra”.
A gdy wychodzili serdecznym ruchem uwiesiła się u ramienia ojca i prawie z modlitewną prośbą wyszeptała: „Tatusiu, ja jeszcze raz muszę przyjść na „Szaleńców„, to takie śliczne i wszystko się tak dzieje. jak ze stryjkiem Julkiem”.
Fakt ten jest autentyczny i zacytowałem go prawie dosłownie.
Niech ten entuzjazm dziecka stanie za wszelką pochwałę i niech będzie
zachętą dla wytwórni „Kino-film”, aby idąc po drodze szczerości i artyzmu. nie dala się zepchnąć z pierwsze go miejsca w produkcji filmowej, jakie osiągnęła, realizując „Szaleńców”.
Po premierze „Szaleńców”, „Rzeczpospolita” 1928, nr 267, s. 16