Rok 1914. Filipek, kiper z krakowskiej winiarni, poznaje w legionowym biurze werbunkowym Reckiego, studenta z Zurychu, który „na zew wodza rzucił naukę, ażeby spełnić swój obowiązek wobec Polski”.
Podczas walk student zostaje ranny, a Filipek, szukając pomocy, pomaga mu dojść do pobliskiego dworu. Jednak dziedzic, pamiętający inne przegrane zrywy wolnościowe, wypędza „szaleńców” z dworu. Boi się zemsty okupantów. Jego córka, Zofia, ukrywa rannego w swym panieńskim pokoju, a gdy dwór zajmują Rosjanie, Kazik, syn dziedzica, ratuje rannego.
Kazik zaciąga się do legionów i odtąd walczą razem, a dziedziczka Zofia zostaje pielęgniarką we frontowym szpitalu. Podczas jednej z potyczek młody dziedzic ginie. Koledzy nad grobem żołnierską piosenką żegnają poległego.
artykuły powiązane
Irena Gawęcka (Zofia, córka Łoniewskiego)
Marian Czauski (student Jerzy Recki)
Jerzy Kobusz (Filipek)
Aleksander Starża (Kazik, brat Zofii)
Bolesław Szczurkiewicz (Jan Łoniewski, ojciec Zofii i Kazika, obywatel ziemski)
Marek Ożóg (oficer rosyjski)
Pierwsza i jedyna zrealizowana część z tryptyku My, Pierwsza Brygada. Z „monumentalnej epopei filmowej, ilustrującej życie i działalność Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego” powstał i wszedł do dystrybucji jedynie ten film. Część druga, pt. Komendant, nie została ukończona.
Szaleńcy, pierwsza polska superprodukcja i jeden z klasyków tzw. kina patriotycznego. w wyraźny sposób inspirowani był Wielką paradą (1925) Kinga Vidora. Z amerykańskiego filmu zaczerpnięto schemat fabularny – trzech ochotników pochodzących z różnych środowisk zaciąga się do wojska i bierze udział w walkach na froncie Wielkiej Wojny, analogiczne są też kluczowe dramaturgicznie sceny.
plenery
Filmem, który jednogłośnie cała Polska prasa przyjęła entuzjastycznie, jest jeden z największych filmów wytworzonych w kraju. Szaleńcy, który święci, prawie od półtora miesiąca, prawdziwe triumfy na dwóch największych ekranach stolicy.
Doprawdy trzeba być, „szaleńcem„, ażeby w chwili napięcia zdań politycznych, rzucić przed tłum poniekąd propagandowe hasło, za pomocą tak delikatnego i wrażliwego instrumentu, jakim jest ekran.
W filmie propagandowym najczęściej brak umiaru artystycznego i miast propagandy widzimy szyte „grubym ściegiem” hasła, które nie tylko nie odnajdują oddźwięku w sercach widzów, ale przeciwnie wybudzają niesmak i zniechęcenie do górnolotnych, szumnych haseł i frazesów. Jako przykład możemy zacytować film propagandowo-niemiecki. O konieczności odzyskania floty wojennej, grany przed rokiem w „Colosseum” p. t. „Niewolnicy Morza”., no i ma się rozumieć rodzime wyborcze propagandówki.
Wręcz odmiennymi drogami poszli twórcy Szaleńców.
Wyjęli strzępek życia, który niewątpliwie miał miejsce w tysiącach rodzin polskich, na to zarzucili bez haseł propagandowych prawdę historyczną, dając za tło zdarzenia, które działy się przed oczami wszystkich i przez najbardziej skrajnego wroga nie mogą być negowane, okrasili to dużą dozą humoru i powiedzieli do widza: „Wnioski sam sobie wysnuj”. I każdy w zależności od humoru, pogody, towarzyszki lub poglądów politycznych, wnioski sobie sam snuć musi.
Jeden tylko moment w całym filmie jest „par execelence„ propagandowy, tj. moment, gdy na tle powracających, pod łukiem triumfalnym w Warszawie, zwycięskich z bolszewikiem wojsk polskich, lekkimi konturami rysuje się twarz p. marszałka Piłsudskiego.
Ale i ten moment potraktowany artystycznie zupełnie nie razi, tym bardziej. ze rozumiemy motywy, które poniekąd miały wpływ na umieszczenie jego portretu w tym miejscu. Może być, że zbyt srogi cenzor odnalazłby źdźbło nie tyle w oku, o ile w bombastycznych napisach. ale gdy się dowie, ze napisy sporządził Leo Belmont, machnie tylko ręką.
Jednym słowem dzięki samokrytycyzmowi artystycznemu reżysera Szaleńców p. Leonarda Buczkowskiego, film w zamierzeniach swoich, mający by propagandówką, stał się szczerym. bezpretensjonalnym obrazem. który prostotą swą najbardziej przemawia do serca widza. Największą pochwałą, jaką mogę i powinienem wyrazić o Szaleńcach, niech będzie zacytowanie następującego faktu: obok mnie, na premierze tego filmu, siedziała dwunastoletnia dziewczynka ze swym ojcem. Podczas scen pogrzebu „Kazika” wylewała łzy tak obficie, aż w pewnej chwili usłyszałem szept, przerywany łkaniem: „Tatusiu, pożycz mi chustki, bo moja już cała mokra”.
A gdy wychodzili serdecznym ruchem uwiesiła się u ramienia ojca i prawie z modlitewną prośbą wyszeptała: „Tatusiu, ja jeszcze raz muszę przyjść na Szaleńców, to takie śliczne i wszystko się tak dzieje. jak ze stryjkiem Julkiem”.
Fakt ten jest autentyczny i zacytowałem go prawie dosłownie.
Niech ten entuzjazm dziecka stanie za wszelką pochwałę i niech będzie zachętą dla wytwórni Kino-Film, aby idąc po drodze szczerości i artyzmu. nie dala się zepchnąć z pierwsze go miejsca w produkcji filmowej, jakie osiągnęła, realizując Szaleńców.
Po premierze Szaleńców, „Rzeczpospolita” 1928, nr 267, s. 16