Na jednej z bieżących wystaw plastyki w Warszawie spotykam niespodziewanie znaną i cenioną artystkę teatrów T. K. K. T. p. Janinę Martini.
- O, pani tutaj? – wyrywa mi się z ust pytanie, przyznaję, niezbyt głębokie w swym filozoficznym wyrazie, lecz jedno z tych, jakiemi z przyzwyczajenia do znudzenia zasypujemy swoich bliźnich.
- Co pani tu robi? – brnę dalej w stereotypowych pytaniach, nie mających nic wspólnego z jakimś „do ludzi” podobnym wywiadem.
- Jak pan widzi, oglądam obrazy. Szalenie to lubię.
- Czy pani może sama maluje?
- Ach, broń Boże! Za wysoko cenię sztukę, bym mogła ją uszczęśliwiać swemi malaturami – mówi śmiejąc się wesoło artystka. – Natomiast namiętnie kolekcjonuję różne „dziwne” obrazki. Pan zdaje się widział kiedyś moje kolekcje?
Czemprędzej zapewniam p. Janinę, iż nigdy jeszcze nie widziałem jej zbiorów, natomiast chętnie je obejrzę zaraz jutro, a choćby dziś, za godzinę, a może niezwłocznie po obejrzeniu wystawy, na której spotkaliśmy się?! Ma pan godzinkę czasu? Ależ oczywiście, mam, dla Drogiej Pani zawsze! W takim razie idziemy.
W ten sposób znalazłem się pół godziny później w miłem i gustownie urządzonem mieszkaniu p. Janiny Martini, wśród jej artystycznych zbiorów. Uprzejma pani domu przyjmuje rolę sympatycznego cicerone.
- Uprzedzam pana, że nie mam żadnych pretensyj do miana wytrawnego zbieracza i znawcy. Jestem amatorką w tej dziedzinie. Jeśli chodzi o obrazy, mam tu – nazwijmy to z wielką pompą – dwa działy, choć w każdym z nich posiadam zaledwie po kilkanaście sztuk. W tym pokoju są różne stare ciekawostki, stare akwarele, drzeworyty. Następny zaś pokój poświęcony jest dawnej sztuce huculskiej.
Przyglądam się z uwagą umieszczonym na ścianach malowidłom. Są to istotnie ciekawe i rzadko spotykane okazy. Szczególnie pięknym jest pewien drzeworyt japoński, dzieło Shunsho Katagawa z lat około 1750 oraz obraz pochodzenia tybetańskiego, malowany piórkiem na jedwabiu z roku 1800. Zbiór huculski p. Martini jest jeszcze obfitszy. Są tu stare obrazy malowane na szkle, malowidła na drzewie, bardzo prymitywne, sięgające XV wieku, a pochodzące ze słynnych zbiorów p. Dąbrowskiej ze Lwowa. Dalej zaś różne krzyże drewniane potrójne, krzyż misternie złożony wewnątrz butelki, bez użycia gwoździ.
- Skąd przyszło u Pani – zapytuję artystkę – to zamiłowanie do naszej sztuki huculskiej? Czy pochodzi może Pani z tamtych stron?
- Mniej więcej. Jestem krakowianką. Mój debiut artystyczny odbył się w Miejskim Teatrze we Lwowie, za dyrekcji dyr. Horzycy, któremu winna jestem wdzięczność za „odkrycie mnie”. Ponieważ grałam we Lwowie pełnych pięć lat z rzędu, często wyjeżdżałam na wakacje i weekendy na Podole lub Huculszczyznę. W ten sposób zetknęłam się ze sztuką huculską i stałam się jej namiętną kolekcjonerką.
Gdy rozmowa z panią domu zaczęła się ożywiać, p. Janina powiedziała w pewnej chwili:
- Jeżeli nie będzie się pan ze mnie śmiał, pokażę panu jeszcze jeden mój zbiór…
- Cóż to takiego? – zapytuję zaintrygowany.
- Guziki…
- Co takiego? Guziki? To guziki też można kolekcjonować?
- Oczywiście, ale nie wszystkie. Zaraz panu pokażę najciekawsze.
Artystka otwiera kilka szkatułek. Ukazuje się naszym oczom niezwykły zbiór, liczący około 600 sztuk różnych guzików. Niektóre z nich są istotnie niezwykłymi okazami, o poważnej wartości kolekcjonerskiej, a nawet artystycznej, jak guzik inkrustowany wenecki z widokiem placu św. Marka, liczący dobrych kilkaset lat oraz piękny złoty guzik z wizerunkiem Matki Boskiej.
- Śmieją się ze mnie moi znajomi – mówi artystka. – Powiadają, że zbieram guziki i… guzik z tego mam. Nawet się zgadza, nieprawdaż?
- A czy nie kolekcjonuje Pani czegoś związanego bliżej z Jej pracą na scenie?
- Ależ naturalnie! Wszystkie recenzje ze sztuk, w których występowałam. Oto magiczne pudełko, w którem odnajdzie pan całą historję mego życia na scenie, od A do Z, to znaczy od debjutu we Lwowie do ostatnich mych ról warszawskich.
Zapytuję, czy wolno mi przejrzeć zawartość magicznego pudełka. Pudełko istotnie było magiczne. Przeglądając starannie naklejone wycinki z gazet, widziałem oto długi korowód doskonałych ról p. Martini, od skrajnie charakterystycznych, farsowych do dramatycznych. (…) Przypadkowo wpada mi w rękę recenzja jednego z najpoważniejszych krytyków warszawskich K. Wierzyńskiego. Pisał on po występie, tak niestety mało wykorzystanej w Warszawie p. Martini, w Teatrze Małym:
„Sercem wieczoru była p. Martini. Rolę kilkunastoletniej dziewczyny oddała z temperamentem i naturalnością, że ręce same składały się do oklasku. To najprawdziwsza młodość, ciepła szczerość i niepowtórzone natchnienie. Piękny talent”.
(Romit, Sylwetka artystki - Janina Martini, Światowid 1938 nr 14)
Prawdziwy aktor to człowiek, który gra nie dla zaspokojenia ambicji, dla pieniędzy czy dla kariery. Gra, gdyż grać musi, gdyż tak mu każe najistotniejszy instynkt, najgłębsze umiłowanie, najsilniejsze pragnienie. Taką właśnie artystką jest miła, subtelna i kulturalna aktorka, którą zna dobrze i lubi publiczność warszawska: Janina Martini.
Ale może właśnie dlatego, że tak głęboko przeżywa każdą swą rolę i tak gorąco kocha teatr – Martini jest w życiu wolna od wszelkiego aktorstwa. Jest prosta, skromna, koleżeńska, wesoła. Ma szerokie zainteresowania, lubi piękne obrazy, stare książki. Po krótkiej chwili rozmawia się z nią – jak z najlepszym kolegą.
Ulubionym tematem rozmowy jest dla Martini – film. Ta pełna uroku artystka teatralna od dawna marzyła o spróbowaniu swych sił w kinie. Obecnie Martini objęła wyborną, pełną uroku rolę córki dorobkiewicza w obrazie Ja tu rządzę. (…) Ranki spędza więc Martini w atelier filmowym, wolne dni na pływalni (jest zapaloną zwolenniczką sportów), wieczorem namiętnie chodzi do kina i to przede wszystkim na filmy francuskie.
- Pamięta pan wyświetlany niedawno u nas arcydowcipny film francuski Pechowiec? W tym obrazie streszczał się, mojem zdaniem, filmowy geniusz Francuzów, ich umiejętność stwarzania arcydzieł – środkami stosunkowo skromnymi. Otóż bohaterem tego filmu jest człowiek, który przynosi szalone szczęście innym, a samemu sobie wiecznego pecha. Chwilami, proszę pana, uważam siebie za takiego właśnie pechowca. Może dlatego ten film jest mi tak drogi.
(J. R. Janina Martini, Kino 1939 nr 33)