Zofia Czaplińska w wieku piętnastu lat zaczęła występować jako tancerka w warszawskich teatrzykach ogródkowych. Następnie grała w teatrach lwowskich, krakowskich (1884), łódzkich (1884–1886) i poznańskich (sezon 1888/89), występowała w objazdowym zespole dramatycznym Józefa Teksla. W latach 1890-1894 należała do zespołu Teatru Miejskiego we Lwowie. Z jej warunkami zewnętrznymi: drobną figurą i ciepłym, serdecznym głosem mogłaby z dużym powodzeniem grać role amantek, jednak (podobnie jak w Warszawie Michalina Łaska) już za młodu z wielkim zapałem grała role charakterystyczne, po które przeważnie sięgają aktorki starsze i dojrzałe. Swoją opieką objęła ją jedna z najwybitniejszych polskich aktorek charakterystycznych, Anna Gostyńska. Czaplińska szybko stała się filarem teatru miejskiego.
W 1894 roku podczas gościnnych występów krakowskiej gwiazdy Natalii Siennickiej doszło do poważnego konfliktu. Obie aktorki cechował duży temperament i (jak przystało na wielkie gwiazdy) nie darzyły się sympatią. Podczas jednego z przedstawień pokłóciły się i nawymyślały sobie na scenie. Jak wspomina Adam Grzymała-Siedlecki: „Zarówno wokabularz, jak i wspaniała prawda gry była tak wstrząsająca, że nie pozostało nic innego, jak tylko spuścić kurtynę i uspokoić diwy”. Po tym incydencie Czaplińska na jakiś czas opuściła teatr miejski. Wróciła w 1895 roku i grała tu przez kolejne pięć lat.
W 1900 roku wyjechała do Nowego Jorku, gdzie chciała zorganizować zespół teatralny, jednak próba ta nie powiodła się. Szybko wróciła i krótko występowała w Warszawie, a następnie w latach 1900–1904 w Łodzi. Powróciła do Lwowa i w sezonie 1904/1905 grała w teatrze Ludowym, a następnie przez 7 lat ponownie należała do zespołu teatru miejskiego. Była jedną z najpopularniejszych aktorek Lwowa. Wielkim uznaniem darzyły ją największe autorytety środowiska artystycznego, m.in. Gabriela Zapolska i Anna Gostyńska. To właśnie Gabriela Zapolska wytypowała Czaplińską na pierwszą odtwórczynię roli Juliasiewiczowej w Moralności pani Dulskiej.
W 1912 roku przeniosła się do Krakowa, gdzie grała w Teatrze Miejskim im. Słowackiego. We wrześniu 1914 roku wraz z grupą aktorów ewakuowała się do Wiednia, gdzie występowała w Teatrze Polskim i prowadziła herbaciarnię, w której skupiała środowisko polonijne.
W 1916 roku wróciła do Krakowa i ponownie grała w Teatrze im. Słowackiego. Latem 1918 roku występowała z polskim zespołem teatralnym na froncie włoskim.
Po odzyskaniu niepodległości przeniosła się do Warszawy, gdzie grała w teatrze Bagatela (1920), Teatrze im. Bogusławskiego (sezon 1921/1922), a w latach 1922–1932 w teatrach Polskim i Małym. W latach 1932–1934 występowała w teatrach miejskich. W 1934 roku została zaangażowana do nowopowstałego operetkowego teatru Na Kredytowej, gdzie występowała w rolach charakterystycznych. Już w marcu 1935 roku teatr upadł. Latem 1935 roku w tym samym miejscu Fryderyk Járosy zorganizował kabaret Cyganeria, do którego została zaangażowana. Grywała tu zarówno w rewiach, jak i w komediach muzycznych (m.in. Kot w worku).
Odznaczała się dobrymi warunkami zewnętrznymi – miała drobną, zgrabną figurę, przeciętną ale ujmującą urodę i ciepły głos. Na początku kariery grała z powodzeniem role tzw. naiwnych i lirycznych amantek, chłopców, subretek. Wkrótce jednak zaczęła grać role charakterystyczne, do których predestynowała ją werwa i poczucie humoru. Brała udział w słuchowiskach radiowych.
bibliografia
- nitrofilm.pl
- internetowa Encyklopedia teatru Polskiego
Na dworcu kupiłam bilet i weszłam do pustego przedziału II klasy. Wtuliłam się w kąt wagonu i zatopiona w myślach dalej rzewnie płakałam. Nagle usłyszałam nad sobą miły głos kobiecy:
- Jak się masz kochanie, czy ty także do Lwowa? Ale ty płaczesz... dlaczego, co ci się stało, dziecko drogie?
- Umarła mi ukochana siostra, jadę na pogrzeb.
- O, biedne dziecko, żal mi ciebie serdecznie. Wypłacz się kochanie.
Przytuliła mnie do siebie i zaczęła czule całować. Była to znakomita starsza artystka lwowskiego dramatu, Zofia Czaplińska, bardzo serdeczny, szczery, dobry człowiek.
W przedziale oprócz nas były jeszcze dwie osoby siedzące po przeciwległej stronie. Pani Czaplińska ułożyła mnie na całej ławce, a sama wcisnęła się w kącik wagonu, zapewniając, że „na siedząco” śpi doskonale. Głowę moją umieściła sobie na kolanach i przygarnęła mnie do siebie. Wyczerpana płaczem, wielkim smutkiem i bezbrzeżną samotnością, pod wpływem czułych słów i zacnych rąk, które mnie do siebie tuliły, zasnęłam snem kamiennym.
Obudziłam sie dopiero we Lwowie, gdy usłyszałam jej słowa:
- Rozbudź się kochanie, trzeba wstawać, jesteśmy już na miejscu.
Ale i tu mnie nie opuściła, lecz zabrała do swojej dorożki i odwiozła do domu. Dziwnie zacny to był człowiek. Cześć jej pamięci!
Janina Korolewicz-Waydowa, Sztuka i życie. Mój pamiętnik, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1969
- Pięćdziesiąt lat! Niepodobieństwo!
- Nawet z maleńką nadwyżką – odparła pani Zofja Czaplińska, uśmiechając się wesoło, a jednocześnie melancholijnie.
Siedzieliśmy w kawiarni Loursa, przy oknie. Znakomita artystka wskazała ulicę Ossolińskich.
- Tą ulicą odprowadzano mnie codziennie do teatru, gdy miałam pięć lat. Byłam wówczas artystką baletu. Idąc tędy na występy, codziennie płakałam. Pamiętam to doskonale. Później zapisano mnie do szkoły dramatycznej.
Uśmiech pani Czaplińskiej w tej chwili jakby zalał się łzami. Przypomniała sobie tę przedziwną porę życia, kiedy po raz pierwszy rozkwitają w każdym z nas wszystkie nadzieje i kiedy duszę naszą wypełnia po brzegi ocean słodkiej ufności we własne ogromne zamiary. Z niczem nie da się porównać doznania tego lubego pioruna, który po raz pierwszy błyskawicznem drgnięciem przenika nasze wnętrze, a na imię ma talent. Piętnastoletnia dzieweczka, studiująca Śluby panieńskie, uczuła pewnego dnia, jak w kontakcie z arcydziełem genialnego poety komicznego objawiła się w niej radosna moc pasji aktorskiej.
- W ogóle – ciągnęła pani Czaplińska poprzez łzy uśmiechu tylko osiem lat w mym życiu nie pracowałam w teatrze. Nie byłam w teatrze do piątego roku życia od urodzenia, potem balet, potem trzy lata przerwy na studia w szkole dramatycznej, a potem już nie rozstawałam się ze sceną nigdy, nigdy aż do tej pory. Pracuję pięćdziesiąt lat w teatrze. Z maleńką nadwyżką, o którą się nie chce sprzeczać.
- Piękny jubileusz! – wykrzyknąłem. – Obchodzić pół wieku pracy aktorskiej w takiem zdrowiu, tak świetnie wyglądać, taką mieć pogodę ducha, tyle grać i tak wyśmienicie! Doprawdy, wydaje się to nie rzeczywistością, lecz fantastyczną sztuką teatralną w dekoracjach Frycza, Drabika, Śliwińskiego, w opracowaniu reżyserskim Stanisławskiego, Borowskiego, Chaberskiego, na scenie obrotowej Szyfmana!
- Na scenie obrotowej! – pani Czaplińska wesoło wzruszyła ramionami. – Za moich czasów… Nie, nie chcę mówić, jak to było „za moich czasów”, bo najpierw od takiego powiedzenia wieje nuda, a po drugie i dzisiejsze czasy są, do licha, moje! Proszę mi wierzyć, że mi nie przeszkadza obrotowa scena, że mi nie zawadzają imponujące dekoracje naszych fenomenalnych malarzy i że nic sobie nie robię nawet z sześciu reflektorów elektrycznych w poszukiwaniu aktora, jak nazywa reformatorów teatralnych mój dowcipny i czarujący kolega, Leszczyński. Ale muszę przyznać, ze za mojej pamięci to i owo na scenie się zmieniło, tylko że… muszę już iść na obiad.
Świetna artystka wstała i podała nam na pożegnanie swoją słynnie małą rączkę.
Patrzyłem chwilę za panią Czaplińską i pomyślałem, że urwała zdanie, aby nie powiedzieć – przez skromność – iż żadna reforma sceny nie zastąpi aktora, mimo że reformatorowie teatralni robią heroiczne wysiłki w zawziętym prześladowaniu sztuki aktorskiej. Tymczasem dobry aktor, przeciwstawiający swój rzetelny talent i swoją solidną fachową umiejętność aktorską zakusom „twórczych reżyserów”, w ciągu kilku minut zasłania sobą najwspanialsze dekoracje, malowane złotem, srebrem i brylantami, gasi najwymyślniejsze oświetlenia górne, boczne i skośne, i odwraca uwagę spektatorów od najsprawniejszej sceny obrotowej. (…)
Pani Zofia Czaplińska, jako maleństwo z baletu, potem jako podlotek na scenie komediowej, grała przy lampach naftowych, gazowych, potem przy żarówkach Edisona, wreszcie pod ruchomym świecidłem Schwabego, ale była i jest zajmująca, uwielbiana i oklaskiwana nie przez to, że gra w naftowym ogniu czy w blasku elektrycznej rampy i w dekoracjach znakomitego dekoratora. Blaskiem, po który do teatru przychodzi publiczność, nazywa się talent aktorski, interpretujący dzieło talentu dramatopisarskiego. „Twórczy reżyserzy”, zapominający o tej elementarnej prawdzie, bankrutują. Nie nowość jest istotą sztuki i wielkim jej powabem, ale talent, talent.
Talentem prawdziwym, artystką szczerą, wyśmienitą jest pani Zofia Czaplińska. Jest niezaprzeczoną ozdobą sceny polskiej. Jest tą ozdobą pół wieku. Słusznie czyni publiczność, tłumnie się wybierając na jej jubileuszowe przedstawienie, na jej wzruszające święto, tak pięknie zasłużone.
Wacław Grubiński, Pół stulecia artystki, Kurier Warszawski 1929 nr 143