Zrealizowany przez Ryszarda Ordyńskiego w roku 1935 dokument Sztandar wolności, powstał z materiałów filmowych z różnych lat zebranych i przygotowanych przez Falangę, największy w latach 30. techniczny ośrodek produkcji filmowej w Polsce. Wykorzystano również liczne materiały ikonograficzne – zdjęcia, ulotki, gazety etc.
Ta wielka „epopeja czynu polskiego” przedstawia dzieje walk o niepodległość od roku 1905. Przypomina żołnierzy Legionów, ich bohaterskie zmagania na frontach wojennych, gehennę w obozach jenieckich. Ukazuje odzyskanie niepodległości, przejęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego, najważniejsze wydarzenia w czasie wojny polsko-bolszewickiej, a potem budowę nowego państwa polskiego na miarę mocarstwa. W filmie przewijają się najważniejsze postaci tego okresu m.in. Ignacy Mościcki, Ignacy Paderewski, Ignacy Daszyński, Józef Haller, Jędrzej Moraczewski, Edward Rydz-Śmigły.
Głównym bohaterem jest jednak Józef Piłsudski, jak napisano we wstępie – „człowiek w szarym mundurze, o brwiach zmarszczonych wielką troską, o orlich oczach w daleką przyszłość zapatrzonych”, który odegrał decydującą rolę w kształtowaniu tamtej rzeczywistości. Film zrealizowany kilka miesięcy przed śmiercią Józefa Piłsudskiego jest podsumowaniem jego dokonań i wyrazem najwyższego uznania.
Kilka niewielkich scen w Sztandarze wolności zostało zrealizowanych w atelier, m.in. we fragmencie dramatu Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego wystąpił wielki aktor teatralny Juliusz Osterwa.
Upamiętnienie
- Sztandar wolności jest jednym z pierwszych 70 filmów, które jesienią 2025 roku trafiły na Listę Polskiego Dziedzictwa Filmowego.
Artykuły powiązane
Autentyczne zdjęcia na filmie mają zwykle coś fascynującego, bardziej rozpłomieniają wyobraźnię aniżeli najbardziej fantastyczne opowieści. Urok autentyczności potrafił reżyser Ordyński podnieść przez dobry montaż. Nieruchomy, fotograficzny początek filmu nie tylko nie razi, ale jakby dodawał patyny. Jest w tym zestawieniu faktów ciągłość, nawet dramatyczność, jest interesujący, bogaty materiał do refleksji i rozpamiętywań. Nikt u nas jeszcze takich faktycznych dramatów nie budował, odcinki rzeczywistości chwycone na fotograficzną płytę, a przede wszystkim na taśmę, marnieją potem po różnych kątach, i cała praca notowania historii pozostawiona jest starym zwyczajem tylko historykom piszącym. Film jako nauczyciel historii – w zasadzie bardziej obiektywny od piszącego człowieka – wystąpił u nas po raz pierwszy na kinową widownię.
Doskonała jest poza tym ilustracja muzyczna zrobiona przez Maklakiewicza. Wplecenie motywów muzycznych tak bardzo znanych, że już banalnych, nie odejmuje jej ani oryginalności, ani wyrazistości. Strona muzyczno-ilustracyjna jest bogata i tak zinstrumentowana, że staje się jakby artystyczną syntezą, symfonią rzeczywistych dźwięków. Film jest dźwiękowy, choć taśma jest niema.
Narzuca się tylko zastrzeżenie co do ideologicznej linii kompozycyjnej. W ujęciu p. Ordyńskiego Sztandar wolności jest niemal wyłącznie historią wojen. Z „pokojowych” faktów wyłuskane są nieliczne i dość przypadkowe. Kiedy kończą się wojny, kiedy mapa Polski usadowiła się na ekranie w pełnych swych rozmiarach, reżyser rozgląda się niepewnie po polskiej rzeczywistości – i widzi już tylko parady wojskowe. Gdzież jest Polska, ta która żyje, pracuje i rozwija się już po wojnach i niezależnie od wojskowych parad? Czy p. Ordyński uważa, że w polskiej rzeczywistości istotny jest jedynie czyn wojenny i wojskowy, czy tak rozumie znaczenie sztandaru wolności i ideę tych, co go nosili?
Stefania Zahorska, Sztandar wolności, „Wiadomości Literackie” 1935, nr 13
Po raz pierwszy podjęto w Polsce tego rodzaju próbę. Mieliśmy wprawdzie i przedtem filmy o treści historyczno-patriotycznej, ale każdy z nich rościł pretensje raczej do sławy czysto kinowej, z reguły zresztą nieosiągalnej.
Tym razem mamy do czynienia ze zjawiskiem szczególnym. Sztandar wolności to nie jest film w potocznym znaczeniu. Jest to dokument historyczny, rodzaj filmowej ilustracji dziejów naszych w ostatnim trzydziestoleciu. Z konieczności są tu luki i niedociągnięcia techniczne.
Reżyser R. Ordyński miał za zadanie zmontować te wszystkie luźne i niepowiązane fragmenty w jedną całość. Zadanie bardzo trudne, nawet w pewnym stopniu niewykonalne. Poradził sobie reżyser w ten sposób, że wypełnił luki zręcznie skrótami i wstawkami uzupełniającymi. Że pomimo to pozostały jeszcze gdzieniegdzie przeskoki – rzecz nieunikniona. Przy całym wysiłku i staranności nie dało się uniknąć poważnych braków. Skompletowano przecież tylko to, co się zachowało, co się dało zgromadzić. Skrót trzydziestolecia, obfitego w dziejowe wydarzenia, jest bardzo niezupełny. Niemniej jednak film posiada pełną wartość dokumentu historycznego. Całość prezentuje się ciekawie.
Niektóre zdjęcia są naprawdę wartościowe pod względem dokumentalnym. Taki przyjazd Wilhelma II do Wilna, niektóre fotografie legionowe, nieudolnie kręcone reportaże z uroczystości przed kilkunastu laty – wszystko to ma wielką wymowę i siłę uczuciową.
Imię wielkiego budowniczego Polski Niepodległej przewija się raz po raz wśród zdarzeń i faktów. Cały film jest hołdem złożonym Józefowi Piłsudskiemu.
Dużą pomocą w montażu jest ilustracja muzyczna prof. Maklakiewicza, skomponowana z umiarem i wyczuciem tematu.
Tad. C. Sztandar wolności, „Słowo” 1935, nr 77
Ubiegły tydzień przyniósł znów polską premierę. Premierę, zapowiadaną jako monumentalny film narodowy, odtwarzający dzieje walk o niepodległość i dzieje Polski Niepodległej na przestrzeni ostatnich 30 lat. Gdyby istotnie stworzyć film, złożony z odpowiednio dobranych zdjęć dokumentarnych, byłoby to świetne wykorzystanie jednej z najefektowniejszych możliwości kina – ożywiania przeszłości. Tak, jak to zrobił Ordyński w szumnie nazwanym Sztandarze wolności, lepiej wcale nie robić. Jest to coś w rodzaju wycinanek z dodatków ilustrowanych niedzielnych wydań dzienników i to wycinanek, zrobionych nożycami trwożliwego cenzora, który chciał być jeszcze bardziej sanacyjny niż samo BB.
Spreparowano więc byle jaki montaż różnych aktualności sprzed pięciu i dziesięciu lat, dorobiono huczącą kotłami i bębnami muzyczkę i obecnie demonstruje się tę propagandowo-bebecką parodię warszawiakom. Nieporozumienie zasadnicze – może by to wszystko strawił jakiś zjazd Polaków z zagranicy, ale p
Film jest bzdurą zarówno z punktu widzenia historii, jak i filmu. Parę przykładów: Prezydent Wojciechowski jakby w ogóle nie istniał, mówiony komentarz uważa go chyba za jednego z widzów różnych państwowych uroczystości. Rok 1926 w tym „dokumentarnym” filmie reprezentuje pochód agitacyjny w czasie wyborów Prezydenta. Joffe, przewodniczący delegacji sowieckiej w Rydze, zjawia się na ekranie przy dźwiękach Poloneza Chopina.
Wojna 1920 roku polega na tumulcie w orkiestrze i zdjęciach z wyścigu myśliwskiego szwadronu kawalerii.
A jednak… jednak warto pójść na ten nieszczęsny Sztandar wolności, żeby zobaczyć marszałka Focha, otrzymującego polską buławę marszałkowską, żeby zobaczyć marszałka Piłsudskiego sprzed lat z górą 15-tu w zdobytym Wilnie, żeby wśród zdjęć z oficjalnych wizyt dyplomatycznych ujrzeć nieżyjącego króla Ferdynanda, prezydenta Poincare, marszałków Joffre’a i Franchet d”Esperay. W owych fragmentarycznych zdjęciach zmartwychwstaje ginące pokolenie wodzów i polityków wielkiej wojny.
Z.B. Sztandar wolności w kinie Filharmonja, „ABC” 1935, nr 88
Film Sztandar wolności ma odrębne zupełnie oblicze od innych filmów i trzypłaszczyznowe niejako walory. Przede wszystkim jest WIARYGODNYM dokumentem, sumą zdarzeń historycznych, uwiecznionych na taśmie filmowej w odnośnej chwili, a więc nie filmem historycznym, nakręconym i nagrywanym sztucznie.
Dalej – uratował ten film tysiące metrów taśmy bezcennej od zagłady. Po prywatnych domach, biurkach i strychach leżały te zdjęcia, te fotografie i te ulotki – powoli nikły, płowiały, rozpadały się w nicość. Ostatni moment został wykorzystany. Jedyne w swoim rodzaju świadectwo przełomowej epoki w dziejach Polski, od roku 1905 do dni bieżących, uratowano i przez umiejętne zestawienie, podniesiono w znaczeniu i wartości.
Trzecią dodatnią stroną filmu Sztandar wolności to niespodziane podłożenie mu tonu szlachetnej sensacji. Nawet dla szerokich mas, nie tylko dla historyków i polityków, będzie on atrakcją. Ludzie szukają z zainteresowaniem przebiegu zdarzeń, tak niedawnych, tak głośnych, a już zapadających w głuszę przeszłości, szukają znajomych twarzy, nieraz twarzy dawno już zaginionej w mrokach śmierci, szukają swoich własnych przeżyć związanych z jakimś faktem historycznym. Szukają też miejsc znajomych w stolicy i całym kraju. A ponadto znajdują tu nieraz tłumaczenie retrospektywne zjawisk, których ongiś nie potrafili sobie objaśnić lub które zaciemniała im aktualna pasja polityczna czy partyjna. Dziś z olimpijskim już spokojem, jakie niesie zawsze zdarzenie minione, patrzą na przeżyte czynnie lub biernie chwile.
Sztandar wolności, „Wiadomości Filmowe” 1935, nr 6
Tego roku wpadł na pomysł p. Ryszard Ordyński, aby, mimo małych nadziei, przeszukać prywatne szuflady, komody i strychy, aby ponadto przewertować składy Biura Historycznego, Pata etc. i to co się da zebrać z materiału dokumentalnego, kinematograficznego wydobyć, skopiować, odświeżyć, posklejać i dać najprawdziwszą prawdę na ekranie: przekrój 40- letnich dziejów walki o niepodległość. Tam, gdzie brakło taśmy filmowej, dał fotografie i ulotki oraz pisma współczesne, nadzwyczajne dodatki do gazet etc. A tylko jeden jedyny moment nagrał, mianowicie chwilę, kiedy do pełnego teatru przynoszą 22 lipca 1917 roku wiadomość, że Komendant zaaresztowany (rzecz autentyczna). Osterwa deklamuje właśnie fragment z Wyzwolenia. Teatr się opróżnia, jakby go wicher wymiótł. A choć ta scena jest wzorowana także na autentycznym zdarzeniu, jest ona jedyną, którą się nagrało w atelier dzisiaj.
Poza tym nic, tylko dokument, wzruszające momenty niemiłe, kiedy Niemcy wchodzą do Warszawy i wzruszające momenty miłe, kiedy wkraczają do Warszawy Legiony, a choć wiadomo, że kwestia tego wejścia II Brygady do stolicy wiązała się z niezupełnie odpowiednimi knowaniami politycznymi contra Komendant, to jednak żołnierz o niczym nie wiedział i z bijącym sercem witał mury Warszawy. Jego też ludność wita entuzjastycznie, pierwszego żołnierza polskiego od Bóg wie, ilu lat…
Dalej przesuwają się przed naszymi oczyma smętne korowody pogrzebów, fragmenty walk pod Kijowem, przybycie Komendanta z Kijowa, przybycie jego do Wilna, zdobycie Wilna, raz i drugi raz – otwieranie i wznawianie Wyższych Uczelni, otwarcie Sejmu, obrona Lwowa i mnóstwo straszliwych epizodów z wojny bolszewickiej aż do traktatu pokojowego włącznie. Tyle zapomnianych już momentów, tyle cudownych ewokacji!
Nawet największy wróg tych Niepodległościowców, którzy wyrąbywali krwawo Polskę od początku prawie tego stulecia, pójdzie oglądnąć ten film z ciekawością, bowiem znajdzie w nim każdy coś dla siebie zajmującego, każdy, jakąś twarz już nieistniejącą, w mrokach wojny zaginioną, jakiś skrót tragiczny lub chwalebny, kąty ulubione…
Nad tym wszystkim, co się toczy wartko, z żelazną konsekwencją historyczną, panuje muzyka. Dyskretna, a potężna muzyka Jana Maklakiewicza. Dominuje jako lejtmotyw hasło Wojska polskiego, wzmagające się coraz bardziej. Od Szczypiorny i Benjaminowa przychodzi pierwszy raz silnie zaakcentowany motyw I Brygady, ponury i dramatyczny – faluje, rozwija się i wreszcie wybucha radosnym finałem: fuzją z Hymnem Narodowym Jeszcze Polska nie zginęła.
W momencie mobilizacji ogólnoświatowej, kontrapunktycznie połączone, tłoczą się hymny narodowe Państw Centralnych i Alianckich, od czasu do czasu wpadając w ton Międzynarodówki – a wzdłuż walk legionowych snują się znane piosnki o Kasztance, o armatach, o Strzelcu, o Belinie – wszystka naiwność, wszystko umiłowanie, wszystko bohaterstwo polskiego żołnierza, zamknięte w dźwięku rytmicznym.
Film, który nam pokazano w wigilię Imienin Komendanta ma wielką wartość i dla nas i zwłaszcza dla polskiej emigracji. Wartość dydaktyczną, naukę historii najplastyczniejszą z plastycznych, no i podłoże obywatelskie: uratowane zostały od zagłady niezastąpione niczym i nigdy dokumenty, które za jaki rok lub dwa, przestały by w ogóle istnieć.
Sądząc z zainteresowania, jaki film wzbudził, będzie to największy sukces sezonu.
MJW, Sztandar Wolności, „Kurier Poranny” 1935, nr 77