Zygmunt Bartkiewicz pochodził z rodziny szlacheckiej o tradycjach patriotycznych, wychowywał się już jednak w domu mieszczańsko-inteligenckim. Po dojściu do wieku szkolnego uczęszczał najpierw do gimnazjum łódzkiego, skąd został usunięty za używanie „cudzoziemskiego języka” (polskiego). Szkołę średnią ukończył w Warszawie, gdzie też kontynuował naukę jako słuchacz Szkoły Handlowej im. Leopolda Kronenberga w Warszawie.
Plany kariery w handlu próbował połączyć z pasjami literackimi i malarskimi, otwierając 3 grudnia 1895 roku pierwszy w mieście Salon Artystyczny (ul. Piotrkowska 63). Odbywały się tu wystawy twórców mniej i bardziej znanych, a pierwszą z nich była wystawa „dzieł sztuki czystej stosowanej”. Salon miał także swoją letnią filię w Parku Helenowskim. Rozpoczął też pracę literacką jako współpracownik dwóch najważniejszych dzienników łódzkich, „Rozwoju” i „Gońca Łódzkiego”.
W roku 1901 wyjechał do Monachium i Paryża na studia malarskie. Stamtąd wysyłał swe teksty do stołecznych dzienników (publikował w petersburskim „Kraju”, „Kurierze Warszawskim” i krakowskiej „Ilustracji Polskiej”), po powrocie osiadł w Brwinowie, oddając się pracy literackiej. W roku 1907 ukazała się drukiem jego pierwsza książka Słabe serca, zbiór nowel o różnej tematyce.
Latem 1897 roku w warszawskim kościele Św. Krzyża odbył się ślub Bartkiewicza z Mieczysławą Trapszówną (znaną później jako Mieczysława Ćwiklińska). Małżeństwo przetrwało tylko czternaście miesięcy. Około roku 1919 Bartkiewicz ożenił się po raz drugi, z Eugenią z Glanców – malarką. Oboje przyjmowali w swej brwinowskiej Zagrodzie przyjaciół ze świata kultury i sztuki.
Dworek Bartkiewicza, zwany Zagrodą, jest obecnie siedzibą Towarzystwa Przyjaciół Brwinowa i mieści muzeum przechowujące pamiątki po artyście.
Nie przeszło mi nigdy przez myśl, że to młodziutkie stworzenie: czarująca złoto-popielata blondynka z niebieskimi oczami, ot, zaokrąglona figurynka z porcelany, często zwana „pulpietuszkiem” c podówczas jeszcze niemal dziecko, stanie się świetną aktorką – ba, w przyszłości wraz ze mną... dyrektorem teatru.
Pamiętałem Mieczysławę Ćwiklińską z moich łódzkich czasów, gdy przyjeżdżała do rodziców (Trapszów) z Poznania, gdzie uczęszczała na pensję. Później wyszła za mąż za dziennikarza i po trosze literata, Bartkiewicza – o którym wspominałem jako o znakomitym kawalarzu. Młode małżeństwo było początkowo szczęśliwe. Ćwiklińska nie zdradzała wtedy ludnych ambicji teatralnych. Skądże więc spotkałem ją obecnie w teatrze Ludowym?
Okazało się, że mariaż z Bartkiewiczem nie był jednak tak pomyślny, jakby się to na oko wydawało. Nic dziwnego, że jego zakończeniem stał się rozwód i nowe małżeństwo Ćwiklińskiej. Tym razem – z teatrem.
Kim był Bartkiewicz? Ze sposobu bycia – osobowość Don Kichota i Don Juana. Zewnętrznie: tak zwana interesująca brzydota, którą we właściwym świetle przedstawiają z taką precyzją Francuzi jako la beaute d’un diable. Człowiek, który zadziwiał ówczesną Łódź swoją fantazją i zaczepnością. Zasłynął również jako zażarty pojedynkowicz. Pisywał cięte felietony, które zjednały mu wielką popularność. Prowadził ponadto salon obrazów, gdzie urządzał wystawy malarskie. Można tam było kupić niejedno interesujące dzieło sztuki.
Pochodził z bardzo bogatej rodziny. Ojciec Bartkiewicza należał do znanych i wziętych lekarzy w mieście. Nie skąpił synowi grosza, co wśród na ogół ubogiej braci artystycznej z miejsca postawiło młodego Bartkiewicza w sytuacji niemal krezusa. Wszyscy lgnęli do niego, zwłaszcza ci, którzy lubili się bawić, dobrze zjeść i popić. Bartkiewicz miał bowiem szeroki gest. Stąd też zawsze był otoczony przyjaciółmi. Sam przy nim wychyliłem sporo kielichów różnych trunków, aż przyjemnie wspomnieć te chwile, choć czasem owe biesiadki rozmaicie się kończyły...
Podziw wśród wszystkich budziła jednakże niezwykła popularność Bartkiewicza na Bałutach. To łódzkie przedmieście – z sentymentem i tragizmem opisane w Kwiatach polskich Tuwima – roiło się od dziwacznych typów, często wzbudzając strach w spokojnym mieszczuchu. Jak to bywa na przedmieściach, oprócz zwykłych cwaniaków spotykało się elementy chuligańskie lub wręcz przestępcze. Wyprawa w tamtym kierunku bez rozeznania terenu i ludzi, samotnie, była traktowana przez podejrzliwych awanturników jako próba szpiclowania albo nachalne intruzostwo w nieswoje sprawy. Bałutowski półświatek nie dawał dostępu do swego wnętrza.
Ale Bartkiewitcz cieszył się na Bałutach szacunkiem, zmieszanym z rodzajem kultu dla swoistej fantazji dziennikarskiej i uznaniem dla jego zawadiackiej natury.
Pamiętam nasze wyprawy do knajp na Bałutach. Szczególnie zaś utkwiła mi w pamięci eskapada do jednej z nich, pod obiecującą nazwą Za rogatką. Wmieszaliśmy się w tłum śledzący nas podejrzliwym wzrokiem. Coraz ciaśniej otaczały nas wysokie draby z ponurymi minami. Próbowaliśmy się uśmiechać, lecz w tym wypadku nie pomogłaby nam żadna, najbardziej nawet naturalna vis comica. Ostrożnie jęliśmy spoglądać ku wyjściu... Tymczasem, jakiś typ z podbitym okiem przypiął się do mnie i usiłował zgrabnym ruchem wyszarpnąć mój krawat spomiędzy klap surduta... Przeraziłem się już wtedy nie na żarty, rozpaczliwie szukając w pobliżu kolegów...
Nagle, obok tamtego, wyrósł inny drab.
– Nie duś! – rzucił mu tak głośnym szeptem, że aż zadrżałem. – To goście Zygmusia!
W jednej chwili twarz mojego zbira okrasił szeroki uśmiech. Klepnął mnie pojednawczo po ramieniu z taką serdecznością, że omal nie upadłem. Znajomość została zawarta.
W ten sposób poznaliśmy ów podziw, jakim cieszył się wśród tych ludzi Bartkiewicz.
I właśnie ten zawadiaka, bawidamek, niespokojny duch, zakochał się bez pamięci w Ćwiklińskiej od pierwszego wejrzenia. Tak długo męczył Trapszów, aż wreszcie ci zgodzili się na ślub.
Wkrótce potem zaczął urządzać kawały teściowi, czyli Marcelemu Trapszy. Trapszo był jako reżyser odpowiedzialny za tok spektakli teatralnych. Toteż Bartkiewicz z niewinną miną codziennie upijał mu jednego aktora. Nikt nie umiał mu się oprzeć, zwłaszcza że prosił zwykle tylko na „koniaczek z kawiorkiem”.
Podobnie zaczęła się historia z aktorem Bartoszewskim. Był to człowiek spokojny, cichy, domator – który najchętniej po pracy w teatrze przesiadywał w domu z żoną i czworgiem dzieci. Ale gdy przypadkowo się upił – a miewał od czasu do czasu takie trzydniówki – zmieniał się nie do poznania. Wszyscy wtedy uciekali przed nim i jego straszliwą, wyzwoloną pod wpływem alkoholu siłą. Wystarczy nadmienić, że pochwyciwszy w pijackiej furii grube, miedziane kandelabry, giął je w rękach na kształt świderków.
I właśnie kiedyś Bartkiewicz upatrzył sobie Bartoszewskiego przed kolejnym przedstawieniem w teatrze. Trapszo przyszedł jak zwykle do garderoby, żeby doglądnąć porządku – a tu brak jeszcze Bartoszewskiego. Na razie nikt się tym nie przejmował, gdyż Bartoszewski należał do nadzwyczaj obowiązkowych artystów. Wkrótce jednak nadszedł już czas wyjścia na scenę. Co robić?
Tymczasem dowcipny zięć Trapszy przywlókł na plecach zalanego do nieprzytomności Bartoszewskiego i postawił go w charakterze nieruchomego postumentu pod teatralnym płotem tak, aby go dostrzeżono z okien teatru. Koledzy prawie przemocą wciągnęli pijaka do budynku, lecz o występie w ogóle nie było mowy. Bartoszewski poczuł się tu w swoim żywiole: porozbijał lampy w garderobie, łaził po szkle, odpychał innych aktorów, ale miał jeszcze tyle świadomości i uporu, że nie zamierzał nikogo wypuścić na scenę.
Raptem, spostrzegłszy mnie (a uważał się za mego przyjaciela), otworzył ramiona, w które wpadłem niby w kleszcze. Naturalnie, skoro wykręcał kandelabry, nic dziwnego, że pod wpływem tak silnego uścisku pękła mi marynarka i koszula – i trzeba było na gwałt oddać je do krawca...
Przedstawienie zaczęło się w końcu ze znacznym opóźnień niem. Dwóch najmocniejszych aktorów unieruchomiło wreszcie rozszalałego Bartoszewskiego. Usiedli na nim i szprycowali go wodą sodową. Później zaprowadzili go do mieszkania, gdzie dopiero po dwóch dniach oprzytomniał... Dyrekcja, oczywiście, miała pretensje do Bartoszewskiego, ale sprężyną „kawału” – był nieodmiennie Bartkiewicz.
Takie to były „mniejsze” wyczyny, których autorem był małżonek Ćwiklińskiej. Najefektowniejszym wydarzeniem stały się jednak inne sprawki Bartkiewicza. Oto wracając późno do ślubnej sypialni... strzelał z rewolweru pod łóżko młodziutkiej żony. Albowiem opętała go chorobliwa wręcz obsesja zazdrości. Wydawało mu się, że tak ponętna kobieta, jak Ćwiklińska, musi mieć jakichś ukrywających się amantów. Tymczasem młodej żonie ani to przeszło przez myśl.
Powtarzające się coraz częściej sceny tego rodzaju – początkowo traktowane niby szampańskie dowcipy – mogły wreszcie najspokojniejszego człowieka przyprawić o rozstrój nerwowy. Próbki strzeleckie narwanego męża nie przypadły Ćwiklińskiej do gustu. Zażądała rozwodu.
I oto — mając dość dramatu w domu — zdecydowała się wybrać k o m e d i ę... Dzięki ternu teatr Ludowy wzbogacił się niespodziewanie o wybitnie uzdolnioną aktorkę komediową!
Antoni Fertner Podróże komiczne